Ostatniej nocy w Soho – recenzja filmu. Kuuurła, kiedyś to było

Last night in Soho to najlepszy tytuł piosenki dla filmu, który nigdy nie powstał” – powiedział kiedyś Quentin Tarantino. A tak naprawdę to nie był on. Oryginalne słowa, wypowiedziała reżyserka Allison Anders, a Quentin tylko zabawił się w głuchy telefon, no ale szanujmy się. Czyj cytat będzie bardziej chwytliwy i medialny?

Z samym Tarantino to jest w ogóle ciekawie. Wystarczy, że coś powie i już leci to na plakaty, do zwiastunów i opisów filmu. „Czas na nowego Tarantino!” – wrzeszczał do nas plakat Zabójczego koktajlu, tylko dlatego, że on powiedział, że film jest spoko. Jakby tak liczyć tymi kategoriami, to jego finałowy, hucznie zapowiadany dziesiąty film miałby premierę gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim Kill Billem. Ale znowu – gadamy o Tarantino, bo tylko coś powiedział, a to nie jego historia. Ot, potwierdzająca się magia nazwiska. W każdym razie jego młodszy kolega po fachu, Edgar Wright, podłapał tamte słowa i stworzył film Ostatniej Nocy w Soho.

Sama piosenka śpiewana przez Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich pochodzi z 1968 roku i jest przyjemną partią z tamtego okresu w muzyce – po przesłuchaniu aż się sprawdza, czy przypadkiem Beatlesi nie mieli tam jakiegoś swojego udziału. Co tu stworzyć do takiej piosenki? Ckliwy musical? Komedię romantyczną? Egzystencjalny dramacik z przyjemnym zakończeniem? Bo przecież nie horror – tak pewnie pomyślało wiele osób. Poza Edgarem Wrightem. Sam reżyser ma już doświadczenie z tym gatunkiem, bo stworzył komedio-horror Wysyp żywych trupów, choć w Ostatniej nocy w Soho komediowego materiału jest jak na lekarstwo. Pod samym względem muzycznym najbliżej najnowszemu tytułowi Wrighta jest do jego dwóch filmów. To nerdowsko-komiksowy Scott Pilgrim kontra Świat i, rzecz jasna, film, do którego soundtracku napisano scenariusz, czyli Baby Driver. Bo piosenka Last night in Soho nie tylko dała tytuł. Cała historia jest napędzana poprzez czasy lat minionych, a dokładnie – sześćdziesiątych XX wieku.

Zobacz również: Diuna – recenzja filmu. Kina nie umrą

Dla głównej bohaterki, czyli Eloise (Thomasin McKenzie) lata 60-te są motorem napędowym. Po śmierci matki od małego wychowywana jest przez babcię w małej, kornwalijskiej miejscowości. W domu więc głównie lecą hity babcinej młodości, a sama Ellie zafascynowana jest modą – również w stylu vintage. Właśnie dostała się na wymarzone studia do Londynu, gdzie będzie rozwijała swoje pasje jako początkująca projektantka mody.

Thomasin
Fot. Materiały prasowe

Z czym wiąże się przyjazd z prowincji do wielkiego miasta wiedzą wszyscy, którzy tego doświadczyli. Nie każdy tak łatwo wkomponuje się w nową rzeczywistość. Ellie też nie chce. Nie w głowie jej chlańsko na mieście, wyciąganie baterii z czujnika dymu w akademiku, żeby spokojnie zapalić fajeczkę czy coś innego w pokoju, ani inne sprośne bezeceństwa, które przeważnie są pokłosiem nadmiernego używania wyżej wymienionych. Dla niej punktem odniesienia cały czas są uwielbiane lata 60-te. Bo przecież tam było tak pięknie, kolorowo, wesoło, szykownie i z klasą – nie to, co teraz.

Zobacz również: Poroże – recenzja filmu. Był potworek, nie było filmu

Gdy trafia w końcu do pokoju wynajmowanego w dzielnicy Soho przez starszą panią (Diana Rigg), we śnie cofa się do krainy swoich marzeń – Londynu sprzed niemal sześćdziesięciu lat (rok jest nawet ukrycie określony pierwszym kadrem ówczesnej ulicy – wystarczy spojrzeć, co ciekawego leci w kinie). Jej przewodniczką będzie tam Sandy (Anya Taylor-Joy). Jak można się domyślać, nie będzie to jednorazowa wycieczka na najtańszym bilecie, a wyidealizowane wyobrażenia Eloise o cudownych latach sześćdziesiątych mogą zostać porządnie zweryfikowane. No ale gdzie tu ten horror, patrząc na ten akapit? Będzie, uwierzcie.

Wszyscy paczą
Fot. Materiały prasowe

Edgar Wright i ludzie od castingu zrobili przy Ostatniej nocy w Soho genialną robotę. Obsadzenie w głównych rolach dwóch z grona najbardziej obiecujących młodych aktorek, które mimo swojego wieku wcześnie potwierdziły swoje nieprzeciętne umiejętności: Thomasin w Jojo Rabbit, a zwłaszcza w Zatrzyj ślady i Anya w Czarownicy i Gambicie królowej, było strzałem w dziesiątkę. Pierwsza ze swoją niewinną, acz posiadającą ukrytą zadziorność twarzą idealnie sprawdza się w roli introwertycznej, wycofanej i kompletnie nie pasującej do reszty początkującej studentki, która wrzucona w wir wielkiego świata z pasją odkrywa jego jasne, jak i ciemne strony. Druga, przeniesiona w przeszłość, dumnie i z pewnością siebie skupia na sobie całą uwagę, czy to na parkiecie, czy na scenie.

Zobacz również: Ostatni pojedynek – recenzja filmu. Czyż nie dobija się kobiet?

Na dokładkę mamy jeszcze nestorkę aktorstwa, która poprzez pandemiczne zawirowania i wieczne przesuwania premiery (zdjęcia zakończono w sierpniu 2019) niestety nie dożyła oficjalnego momentu wprowadzenia filmu do kin. Mowa oczywiście o Dianie Rigg, która przy mnogości ról, jakie zagrała, pojawiła się w dwóch seriach, które każdy kojarzy. Końcówką lat 60-tych (przypadek?) zagrała zadziorną i rezolutną Tracy di Vicenzo, jedną z najlepszych dziewczyn Bonda z filmu W tajnej służbie jej królewskiej mości. Ponad 40 lat później dołączyła do obsady Gry o Tron, jako lady Olenna Tyrell, przebiegła i wyrafinowana Królowa Cierni. Pani Rigg rzecz jasna nie zawodzi, a Ostatnia noc w Soho jest zadowalającym zwieńczeniem jej kariery. Ostatnia rola w karierze w filmie ze słowem Ostatnia w tytule zawsze wygląda dobrze.

ostatniej nocy w soho
Fot. Materiały prasowe

O samej fabule nie ma się co rozpisywać, bo zwyczajnie szkoda psuć seansu niepotrzebnymi słowami spoilerów. Ostatnią noc w Soho trzeba po prostu przeżyć, bo jest tu na co, a zwłaszcza na kogo popatrzeć. Mamy tu ciekawą historię, świetne aktorstwo, doskonały montaż, dobre elementy horrorowe i oldschoolową ucztę dla uszu. Jak ktoś nie lubi którejś z wymienionych rzeczy, to zawsze znajdzie pokrycie tego w innych zaletach. A jeśli kiedyś znowu jakiś wujek czy somsiad powie, że kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów… Edgar Wright dobitnie przypomina, że czasy są zawsze, a idealizowanie tych dobrych rzeczy i miłych wspomnień z przeszłości nie znaczy, że nie działo się wtedy nic złego. Czasy są zawsze, wiele po prostu zależy od tego, w jaką ich część trafimy, jaką część weźmiemy pod uwagę. Jaką ich część wyprzemy całkowicie, jakby jej nigdy nie było, a jaką zachowamy na zawsze w pamięci i będziemy wspominać, niczym wspomnienia z Ostatniej nocy w Soho. Czy w jakimkolwiek innym miejscu.

Plusy

  • Lata 60-te w najlepszym wydaniu – muzycznie i wizualnie
  • Elementy horrorowe robią robotę
  • Jeszcze lepszą robotę robią dwie główne bohaterki

Ocena

8 / 10

Minusy

  • Irytująca postać kolegi (czy to już zakrawa o rasizm?)
  • Przecież nie wszyscy studenci zachowują się tak, jak reszta znajomych Ellie, prawda? PRAWDA???
Kamil Kołodziejczyk

Zasiedziany od lat w DOBRYCH Star Warsach twórca zbyt długich zdań i złożonych opowieści, a także fan filmów inspirujących do dyskusji i gier, do których nie są potrzebne żadne inne osoby. W kinie lubi przede wszystkim mądre narracje i ciekawą kompozycję, a poza kinem dobre, płynne produkty, bezsensowne ciekawostki i czasem ludzi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze