YouTube usuwa łapki w dół, Hollywood świętuje, a my witamy 1984 rok

Od właściwie założenia Popkulturowców, w mojej głowie zrodziła się myśl na serię artykułów. Seria miała nosić nazwę Jak ja, kur*a, nienawidzę… i opisywane byłyby w niej największe grzechy danego tworu czy dostawcy popkultury. Pierwszy temat odcinka, który narodził mi się w głowie? O dziwo, nie Disney, a Netflix. A wraz ze wspaniałą decyzją szerzących prawdę szefów YouTube’a o usunięciu łapek w dół, przypomniała mi się jakże troskliwa decyzja Netflixa sprzed kilku lat.

Jak wiecie lub nie, jeszcze kilka lat temu Netflix oferował na swojej platformie gwiazdkowy system ocen.  Pozwalał on za pomocą algorytmów dobrać pasujące pod nasze gusta produkcje, zależnie od oceny danego filmu czy serialu. Oficjalna wersja powodów wycofania takiego rozwiązania mówiła, iż system jest niestety niedokładny, niezbalansowany i po prostu niesprawiedliwy. Szalę goryczy przelał stand up Amy Schumer, tak swoją drogą. Prawdziwa? Produkcje Netflixa wypadało cholernie blado w porównaniu do – no cóż – jakościowych filmów i seriali. Fani wielkiego N to raczej prości ludzie. Jeśli im się pokaże, że film ma niską ocenę, to najpewniej go nie włączą.

Zobacz również: Poprawność polityczna właśnie osiągnęła następny level

Ale jeśli tę ocenę schowamy, to nieważne że obejrzał 10 gównianych produkcji pod rząd – zobaczy, że wyszło coś nowego i to odpali. Bo kina drogie, telewizji dziś nikt nie ogląda, a przecież torrenty to sztuka uprawiana przez co raz mniejszą liczbę osób (choć ten trend akurat zmienia się w błyskawicznym tempie dzięki kolejnym nowym usługom streamingowym). Wprowadzono zamiast tego system lubię-nie lubię (wiecie, jak idę albo nie idę), który ponoć działa znacznie lepiej, a dodatkowo spowodował wzrost aktywności użytkowników z modułem ocen o całe 200%! Największym hitem wciąż pozostaje dla mnie zaprezentowane w zeszłym roku netflixowe Top10, prezentujące – w teorii – największe hity danego dnia w danym państwie. Mój wrodzony sceptycyzm każe mi wątpić w prawdziwość danych, które prezentuje ten ranking, ale, okej – move on.

Kto interesuje się choć trochę tym, co w USA piszczy, ten zapewne wie, że tak zwana czwarta władza – czyli Mainstream Media pokroju C, N i N oraz Big Tech, a więc Facebook tudzież Twitter – urosła tam do niewyobrażalnych rozmiarów. Skupmy się bardziej na BigTechu, niżeli MSM. Oni mogą sobie ot tak banować nie tylko treści niepasujące do narracji odnośnie COVIDA czy treści potępiające w jakiś sposób ich kandydata. Oni mogą wyciszyć urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych z Internetu. Wyobrażacie sobie, że Nasza Klasa banuje konto Dudy, bo według ich interpretacji nawoływał do zamieszek? To już nie są zwykłe platformy społecznościowe, gdzie swobodnie można było wymieniać się poglądami. To są potężne, internetowe media, mogące kształtować rzeczywistość i wpływać na ludzi. Zupełnie jak MSM.

Zobacz również: The Last of Us 2 i jego scenariusz – kiepskie decyzje, przesyt ideologii oraz kilka świetnych scen

Przejdźmy do skonfundowanego, starszego pana z głównego obrazka, który niemalże równo rok temu został zainstalowany jako najpopularniejszy prezydent w historii USA. Oto Joe Brandon. Osiemdziesiąt milionów głosów – koleś musi mieć charyzmę Lincolna, Kennedy’ego i Reagana razem wziętych. No, niekoniecznie, bo jak spojrzymy sobie na filmy oficjalnego kanału Białego Domu w serwisie YouTube, to rzucą się nam w oczy dwie rzeczy. Po pierwsze – wyłączona opcja komentowania. Po drugie – zwalający z nóg współczynnik łapek w górę i łapek w dół, który… I tak jest modyfikowany na korzyść naszego miłośnika lodów. Dlaczego tak jest? Czy jest to w jakiś sposób połączone z naszym głównym tematem? Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa COVID i szczepienia?

Nie wiem. Może jest połączone, może nie. Pewnie nie. A może tak? Jeśli miałbym stawiać kasę na powody tej decyzji, to postawiłbym… właśnie na kasę. Ale nie tylko. Kasa to najbardziej oczywisty powód, bo w końcu te niegdyś małe, innowacyjne portale i serwisy, pionierzy Internetu, dziś są molochami, zarabiającymi kupę hajsu. I właśnie to – zarobek – niejako łączy się z oficjalnie powodem podanym przez YouTube’a. YouTube bowiem podejmuje decyzję o schowaniu liczniku dislike’ów, gdyż uważa się za bycie w obowiązku obrony twórców (a w szczególności tych mniejszych, nowych autorów treści) przed znęcaniem i zmasowanymi atakami dislajków. Co za, kurwa, bzdura.

Zobacz również: CD Projekt Red po raz kolejny strzela sobie w kolano – tym razem za sprawą użytkowników Wykopu

Ukryty znacznik dislajków równa się:

a) dłuższy czas spędzania czasu w serwisie. Bo, rzecz jasna, teraz nie będziemy mogli zweryfikować treści wyłącznie po łapkowym ratio. To z kolei prowadzi nas do…

b) większe pole dla sponsorów i więcej reklam. Materiały sponsorowane, co raz większa ilość reklam między przeskakiwaniem z filmiku na filmik, nasz ulubiony YouTuber z tysiącami łapek w górze, mimo, że filmik który nagrał opowiada tylko o najnowszym produkcie firmy XYZ (o zakrzywianiu rzeczywistości jeszcze będzie). A to równa się…

c) profit dla YouTube’a. Bo Ci, którzy będą wkurwieni, kupią sobie YT Premium. Inni – będą zagryzać zęby i dzielnie oglądać gównoreklamy pomiędzy filmikami, bo alternatywy jako takiej w zasadzie dla filmikowego giganta nie ma.

Zobacz również: OSCARY 2021 – podsumowanie gali. Piękna katastrofa

Niemniej, moim drugim zakładem byłaby ukryta agenda. Nie bez powodu tak rozpisałem się o Big Techu, MSM i sytuacji w USA, choć, szczerze mówiąc i tak mam wrażenie, że nie rozpisałem się wystarczająco. Chciałem wam nakreślić po pierwsze wielkość i rolę środków masowego przekazu w dzisiejszym świecie, ale również i kierunek, jaki one obrały. A również uświadomić wam, że dumnie za nimi kroczy chociażby Hollywood.

Mówimy ciągle o tym cancel culture, wyliczając przypadki Roseanne czy Giny Carano, (albo Jamesa Gunna, ale on akurat okazał się zbyt ważną maszynką do zarabiania pieniędzy, więc gościa odbanowali). Mówimy o political correctness, gdy żarty z niektórych tematów są absolutnie zakazane. Ładne określenia, ale to tylko eufemizmy na słowo, które powinno powodować dreszcze – cenzura. Jeśli spojrzymy na panujący od pewnego czasu trend w Hollywood oraz we wspomnianych MSM i BigTechu, możemy zobaczyć powtarzające się lub łączące w spójną całość elementy retoryki. Decyzja o usunięciu licznika łapek w dół jest kolejnym takim elementem. Tworzy również przy tym tyle możliwości do manipulacji i zakrzywiania rzeczywistości zarówno w temacie polityki jak i popkultury, że jest to naprawdę przerażające.

Zobacz również: Kolejny film o Boracie – recenzja filmu. Orange Man Bad

Duże firmy nienawidzą krytyki. Ich przerośnięte ego i miłość do pieniądza są tak wielkie, że prędzej zaczną atakować niezadowolonych fanów, niżeli odpowiedzieć merytorycznie na krytykę. Nie można krytykować Eternals, bo to film, który nie dość, że jest diverse, to w końcu RATUJE ŻYCIA. Nie można krytykować tego, nie można krytykować tamtego. A jeśli krytykujesz, to najpewniej jesteś faszystą, homofobem i bigotem. Dzięki YouTube’owi żyjemy w rzeczywistości, gdzie nie ma, że się nie podoba – ma się podobać i tyle. Co więc z tego, że zwiastun nowego filmu Netflixa czy Disneya ma 2 miliony łapek w dół? I tak tego nie widać, a komentarze można wyłączyć – liczy się, że ma pół miliona łapek w górę, a więc musi być dobre!

Jak tu nie kochać komunizmu?

Co jakiś czas pojawia się temat cenzury w Internecie. Jego użytkownicy protestują, źle politycy  przegrywają, a motłoch się cieszy. Tyle, że ta cenzura jest wprowadzana już od jakiegoś czasu, malutkimi krokami. W amerykańskich social mediach nie można podważać skuteczności szczepionki czy wyników wyborów, bo od razu dostajesz albo bana albo łatkę szura. Teraz, YouTube usunął licznik łapek w dół. Nie zaczynam nawet tematu Australii.

Nie wiem, co będzie jutro.

Ale wiem, że rok 1984 jest dzisiaj.

Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Popo

A nie powinno być jak tu nie kochać kapitalizmu? Skoro za wszystkim stoi kasa i chęć większych zysków bez względu na wszystko?

Mateusz Chrzczonowski

Hajs, hajs, wincej hajsu. A najgorzej, że YouTube to monopolista i nie widać perspektyw, żeby miało się to zmienić, więc mogą robić, co im się podoba – np promować jakiś gówno content, a ukrywać bardziej wartościowe treści.