Wes Anderson już nieraz pokazał światu, że najważniejszy jest dla niego styl oraz zabawa formą. Kochankowie z księżyca, oscarowy Grand Budapest Hotel czy mój ulubienie z tego grona, Wyspa psów – wszystkie stawiały na przerysowaną stylistykę i nietypowy sposób opowiadania historii. Nie zawsze przynosiło to zamierzony efekt, wszak forma to nie wszystko. Czy tym razem dostajemy coś więcej?
Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun to film będący hołdem przede wszystkim dla klasycznej prasy drukowanej, ale też dla kina francuskiego. Historia opowiedziana w nowym dziele Wesa Andersona to bowiem zbiór artykułów napisanych w fikcyjnym dodatku do amerykańskiego magazynu z Liberty w Kansas wydawanego w fikcyjnym francuskim mieście Ennui-sur-Blasé. Znajdziemy więc tu masę nawiązać do francuskiej kultury oraz wielokrotnie usłyszymy język francuski. Ennui-sur-Blasé osadzone w końcówce lat 60. przedstawiono tu jako miasto wielokulturowe, które w wyniku asymilacji przekształciło w miejsce jedyne w swoim rodzaju. Fantastycznie zostaje to ukazane w „wizualizacji” pierwszego artykuły, gdzie w sposób niezwykle obrazowy i zabawny opisuje miasto redaktor Herbsaint Sazerac (Owen Wilson).
Zobacz również: The Tragedy of Macbeth – recenzja filmu. Świeża interpretacja klasycznej, szekspirowskiej tragedii
Najlepsza, i najbardziej rozbudzająca mój apetyt na film, historia to ta ukazana w następnej kolejności. Jest to pierwszy z trzech dłuższych artykułów zobrazowanych w Kurierze Francuskim. Tym razem mamy do czynienia z tekstem z działu sztuka. Poznajemy tu historię Mosesa Rosenthalera (w tej roli fantastyczny Benicio del Toro), który przebywa w zakładzie dla psychicznie chorych. Odbywa tam długą karę za zabójstwa. Jak wspomina w pewnym momencie filmu, całkiem przypadkowo odciął komuś głowę piłą do mięsa. W zakładzie mężczyzna przejawia swój niezwykły talent malarski. Artysta rysuje zauroczoną w nim strażniczkę Simone, która posiada talent do wielogodzinnego stania w jednej pozycji. W historii o malarzu zagrało praktycznie wszystko – była masa humoru, stylistyczne ekscesy, świetna kreacja Benicio del Toro oraz wiele absurdalnych zdarzeń.
Niestety, potem Wes Anderson nie potrafił pohamować swoich zapędów artystycznych. W kolejnych historiach, jak ta o rewolucji studentów (tu ciekawa, ale mało zaznaczona rola Tomothee Chalameta i równie interesująca kreacja Frances McDormand) czy o niezwykłym kucharzu, poruczniku Nescafier (Steve Park), reżyser nie potrafił już wzbudzić naszego zaciekawienia. Forma szalała i pędziła na złamanie karku, zmieniając co chwilę nie tylko styl, scenografię, ale nawet i kolory. Już w połowie filmu przyszło spore zmęczenie tym natłokiem bodźców, przez co zwyczajnie nie mogły wybrzmieć historie i przedstawione tam postacie. W pierwszej historii o malarzu jeszcze wszystko było w miarę spójne, ale tu Anderson przeszarżował i zapomniał, że samą formą nie zdobędzie uwagi widza. Oczywiście, powtórzę to jeszcze raz, fantastycznie patrzyło się na obraz tego niecodziennego i kolorowego miasta Ennui-sur-Blasé, które błyszczało w pięknych, symetrycznych ujęciach. Zabrakło tu tylko odpowiedniego balansu.
Zobacz również: Złoczyńcy – rozkosznie nikczemni – recenzja książki. Jak dobrze być złym
Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun to kolejny szalenie widowiskowy film w reżyserii Wesa Andersona i myślę, że fani jego twórczości będą po seansie zadowoleni. Niestety, wiele osób może odebrać film również jako kolorową i stylistycznie przeszarżowaną wydmuszkę. Prawda klasycznie jest pewnie gdzieś po środku. Styl Andersona trzeba docenić, gdyż daje on nam coś zupełnie innego, coś czego ze świecą szukać w odtwórczych papkach serwowanych nam na co dzień. Mimo wszystko nie można reżyserowi wybaczyć braku balansu miedzy formą, a spójną historią i odpowiednim naciskiem na kreację postaci. Gdyby tylko film skończył się po historii Mosesa Rosenthalera. (to trwałby jakieś 40 min)