Śmierć na Nilu – recenzja filmu. Czy w malowniczej ekranizacji czuć ducha Christie?

Kryminały Agaty Christie obrosły już swoistym kultem, choć w ostatnich latach dostrzec można lekki zanik ich zainteresowaniem. I mimo iż książkowe pierwowzory istotnie nie cieszą się równą czytelnością co niegdyś, to genialne historie najlepiej sprzedającej się pisarski wszech czasów znalazły inne miejsce na swoją ekspozycję – srebrny ekran.

W 1989 roku wyemitowano w telewizji pierwszy odcinek serialu Poirot. Wówczas to zapewne nikt nie spodziewał się, jaki sukces osiągnie historia ekstrawaganckiego detektywa. Tymczasem powstało aż 13 sezonów, zrzeszających rzeszę widzów, a odtwórca głównej roli, niezawodny David Suchet, tak bardzo wpasował się w postać stworzoną przez Christie, że dotychczas kojarzony jest głównie jako wąsaty pan w meloniku.

Kiedy zatem w 2017 roku studio 20th Century Fox zabrało się do ekranizowania kultowej powieści Morderstwo w Orient Expressie, większość wróżyła produkcji jak najgorzej, często też podkreślając, że Suchet jest jedynym Poirotem i nikt nie może go zastąpić. I choć Morderstwo nie sięgnęło wyżyn kinowych, to stanowiło całkiem przyjemną historyjkę kryminalną.

Zobacz również: CODA – recenzja filmu. Dobry, dobry, ale żeby od razu nominacja do Oscara…?

Kenneth Branagh, reżyser wyżej wspomnianej pozycji oraz odtwórca głównej roli, postanowił ponownie podnieść rękawice i zabrać się za ekranizację Śmierci na Nilu – kolejnej świetnie ocenianej książki Christie. I choć znów wielu kręciło głowami, Branagh potraktował sprawę serio i odwalił kawał dobrej roboty.


Rejs czas zacząć…


Herkules Poirot zostaje zaproszony na arystokracki rejs po Nilu, zakrapiany szampanem i kawiorem. Piękna i bogata Linnet Doyle (Gal Gadot) wychodzi za mąż, a na pokład wycieczkowca sprosiła kilka różnorakich osobistości, w tym swojego kuzyna o dziwnie podstępnym usposobieniu, żądną pieniędzy służącą oraz byłą kochankę swojego narzeczonego – która wprosiła się na statek siłą.

Zobacz również:  Reacher – recenzja serialu. Amazon ma nowego asa

Śmierć na Nilu
Fot. Materiały prasowe, 20th Century Studios

Już od początku filmowe sceny budzą w widzu detektywistyczny instynkt – znając geniusz Agathy Christie, spodziewamy się dostrzec wskazówki w najmniej oczekiwanych momentach, liczymy na jakiś szczegół, detal, który może umknąć innym. Zagadka okazuje się niełatwa, gdyż już na starcie wyłapać można kilka nietypowych zachowań pasażerów: a to małe oszustwo w grze, to ukradkowe spojrzenie, to znowu osobliwa reakcja na zasłyszaną rozmowę. Wszystkie te drobnostki budują w nas napięcie i pozwalają wysnuwać pierwsze wnioski, teorie – choć przecież nikt jeszcze nie umarł!

Linnet Doyle boi się o swoje życie, nie ufając żadnemu z pasażerów, dlatego prosi o opiekę Herkulesa. Napięcie zaczyna rosnąć, gdyż pojmujemy niemal z całkowitą pewnością, że obawy kobiety są słuszne i że musi ona zginąć. I rzeczywiście, pewnej nocy zostaje zamordowana, śpiąc we własnym łóżku. I choć my śledzimy wydarzenia jako widzowie, to biedny Poirot podczas całej akcji… Smacznie śpi w swojej kajucie. Oj biedak, niełatwe będzie miał zadanie.

Zobacz również: Psie Pazury Recenzja filmu. Braci czasem się traci

Śledztwo rysuje się jako piekielnie trudna zagadka, nasz detektyw jednak sprawnie wyciąga informacje podczas przesłuchań. Okazuje się, że niemal każdy z pasażerów ma brud pod paznokciami, a w szufladzie biurka schowane małe grzeszki. Każdy skrywa tajemnice i każdy okazuje się być zupełnie nie tym, na kogo wygląda. I choć motyw ten intryguje, to pojawia się tu pewien przesyt – postaci jest za dużo, ciężko spamiętać intencje i szczegóły z życia poszczególnych z nich, a niektórzy nie budzą żadnego zainteresowania.

Śmierć na Nilu
Fot. Materiały prasowe, 20th Century Studios

Nieco pogmatwane relacje między bohaterami można jednak przeboleć, oczekujemy tu przecież napięcia i ciekawej intrygi. To pierwsze jest, jak najbardziej, a stawka rośnie z każdą minutą filmu – na statku zaczynają ginąć kolejne osoby, a powody ich śmierci zdają się być dramatycznie wręcz niejasne (lub też przeciwnie, aż nadto oczywiste). Film bawi się z widzem, rzucając na zachętę marchewkę, by zaraz cisnąć kłody pod nogi. Problem tkwi w tym, że postaci jest tak wiele a tok fabuły tak niejasny, że jesteśmy zdani tylko na geniusz Poirota – samemu wszak ciężko doszukać się motywów zbrodni.

Zobacz również: Moonfall – recenzja filmu. U Emmericha bez zmian

Gdy w końcu zagadka zostaje rozwiązana, wszystko wychodzi na jaw, a morderca zostaje publicznie ogłoszony, następuje moment, na który wszyscy czekali. Intryga okazuje się być rzeczywiście ciekawa i nie tak typowa, jak sugerowały poprzedzające ją zdarzenia. Fakt faktem, mordercę łatwo było wytropić i jestem pewien, że większość oglądających będzie typować właśnie osobę, ale, rzecz jasna, zagadka okazuje się nieco bardziej skomplikowana.

Zakończenie zaskakuje, to fakt. Jest ciekawe, pomysłowe. Niestety jednak nie satysfakcjonuje. Zabrakło mi tu czegoś głębszego, jakiejś kropki nad i, dodatkowego plot twistu lub niewyjaśnionego szczegółu. Choć Śmierć na Nilu to przyjemny kryminał, to jednak schemat całości jest sztampowy, a zakończenie nie zadowala tak, jak powinno, pozostawiając nieprzyjemny, kwaśny niedosyt.

Zobacz również: Lucy i Desi – recenzja filmu. Jaka jest różnica między Hollywood dziś, a 70 lat temu?

Śmierć na Nilu
Fot. Materiały prasowe, 20th Century Studios

Cóż jednak z innymi aspektami filmu? Zdjęcia – absolutnie cudowne. Bogactwo scenografii, esencja kontrastujących ze sobą kolorów na fascynujących krajobrazach Egiptu, jak i w ciasnych pokojach pieszczotliwie wystrojonego statku. Seans był niebiańskim przeżyciem z powodu samego obrazu, a wdzięk, z jaką kamera porusza się po scenie, to dodatkowy smaczek, pozwalający zapomnieć, że to tylko film, że wcale nas tam nie ma. Muzyka jest przyjemna, choć nie wyróżnia się przesadnie, aktorstwo natomiast jest przyjemne, choć nie wyróżnia się przesadnie.

Śmierć na Nilu to wizualna uczta z przyjemnym kryminałem w tle. Trwa dwie godziny, ale odnosi się wrażenie, że mogłaby trwać nawet i dwa razy tyle. Mimo dziwnego przedstawienia kilku aspektów filmu i lekkiego rozgardiaszu w zasypie bohaterów, produkcja wynagradza swe słabości scenerią i ciekawym – choć niesatysfakcjonującym – zakończeniem. Widać, że Kenneth Branagh przyłożył się do swojej pracy jako reżyser. Co jednak z jego postacią?

Zobacz również: Zaułek koszmarów – recenzja filmu. Renowacja zapomnianej uliczki

Fot. Materiały prasowe, 20th Century Studios

Mam wrażenie, że Herkules Poirot ponownie odżył na ekranie. Branagh świetnie przygotował się do produkcji, jego postać to zarazem powiew świeżości jak i nostalgiczne wspomnienie Davida Sucheta. Przyjemnie ogląda się taką postać na ekranie, a co najlepsze, poznajemy ją znacznie bliżej, jako człowieka o wadach i zaletach, a nie tylko wybitnie inteligentnego detektywa. To, co kusi i raduje najbardziej, to właśnie przemyślenia Poirota, jego wnioski i rozwiązane zagadki. A do tego dochodzi ten niezwykły, nietuzinkowy charakter i celująca gra Branagha. Elektryzująca postać.

Finalnie, Śmierć na Nilu to porządnie zrealizowana produkcja z nienajgorszym – choć również nienajlepszym – scenariuszem. Ogląda się przyjemnie, malownicze scenerie budują niepowtarzalny klimat, kilka aspektów jednak nieco przeszkadza. To był przyjemny powrót do twórczości Agathy Christie, choć współczesne kino stać na więcej.

Plusy

  • Intrygujący Poirot, przykuwający uwagę i celująca gra aktorska
  • Przepiękna warstwa wizualna, zabawa kolorów i kontrastu
  • Haczyki rzucane przez reżysera pozwalają bawić się w detektywa

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Rozwiązanie zagadki nie satysfakcjonuje
  • Nadmiar bohaterów prowadzi do chaosu
  • Za krótki o kolejne dwie godziny
Karol Żołowicz

Zawsze chętny do dyskusji o popkulturze, fanatyczny bibliofil i miłośnik filmografii. Wychowany na horrorach ubiegłego wieku, obecnie rozmiłowany w literaturze fantastyki i grozy. Kocha Lovecrafta, filmy z Willemem Dafoe, ciszę oraz pączki bez nadzienia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze