Miłość, śmierć i roboty: Książka vs. Serial

Popularny serial Netflixa, Miłość, śmierć i roboty, możemy nie tylko obejrzeć, lecz również… przeczytać. Czy jednak antologia opowiadań jest warta uwagi?

Książki są lepsze niż filmy – oh dei, ile razy słyszałem to zdanie. Jako fanatyk kinematografii zawsze jestem otwarty na kłótnię w obronie ukochanej formy. Na szczęście coraz rzadziej mam ku temu powody, wszak stale rozwijający się świat filmu sam udowadnia swą wartość. W 2019 roku wszystkim opadły szczęki, gdy na Netfliksie pojawił się serial Miłość, śmierć i roboty (dalej: LD&R). 18 historii, 18 światów, 18 oszałamiających animacji, do tego stopnia innowacyjnych, że niemal rewolucyjnych. LD&R udowodnił, jak dalece posunęła się grafika komputerowa, stając się tym samym wizytówką ekranowych możliwości obecnych lat.

Miłość śmierć roboty
Fot. Kadr z serialu Miłość, śmierć i roboty

Trzy lata po premierze pierwszego sezonu wydawnictwo Nowa Baśń oferuje polskim czytelnikom dostęp do oficjalnej antologii 18 opowiadań, które zainspirowały Netfliksowych twórców. Tym samym fani mogą poznać inną perspektywę serialowych historii. Czy jednak upiorne wilkołaki z Zmiennokształtnych, morskie duchy z Rybiej nocy czy kosmiczne samoloty z Szczęśliwiej trzynastki robią takie same wrażenie w formie literackiej? W niniejszym artykule przeanalizujemy to dogłębnie. Zapraszam na zestawienie Książka vs. Serial.


Puste słowa i piękne obrazy

Mechy


Na pierwszy ruszt weźmiemy przykład drastyczny. Mechy, napisane przez Steve Lewisa i zaadaptowane na ekran przez Francka Balsona, stanowią doskonały obraz kontrastu między tworem literackim a dziełem audiowizualnym. Animacja funduje 15-minutowe widowisko: gigantyczne, sterowane przez ludzi roboty, wyposażone w działa laserowe, wyrzutnie rakiet, karabiny maszynowe i miotacze ognia, sieją spustoszenie wśród nacierającej hordy potworów. Są więc wybuchy, ogień i porządna rozwałka. Dzięki estetycznej animacji Mechy stanowią istną ucztę wizualną, doprawioną szczyptą klimatycznej muzyki. Oto jeden z tych odcinków LD&R, którego nie sposób nie lubić.

Zobacz również: Miłość, śmierć i roboty, sezon 3 – recenzja serialu. Rozlew krwi i fabularna stagnacja

Oryginalna wersja ma się jednak znacznie gorzej. Historia, która na ekranie fascynowała, na kartach opowiadania zwyczajnie nuży. Gigantyczne roboty niczym z Pacific rim okazują się być bliżej nieokreślonymi konstrukcjami, które musimy wyobrazić sobie sami, autor wszak nie wysila się, by opisać ich istotę. Potencjalnie widowiskowe sceny objawiają się jako sentencje nieprawdopodobnie nudnych i pustych słów, a krótka historia rozciąga się do 50 stron. Po drodze poznajemy z dwieście bohaterów, ażeby przypadkiem nie zacząć się łapać w tym całym bałaganie. Nuuuda.

Zobacz również: Czarny telefon – recenzja filmu. Tym razem to nie fotowoltaika

Tworzenie obrazów za pomocą słów okazuje się trudną umiejętnością, a jednak grupka uzdolnionych filmowców wyczarowała z niewdzięcznego materiału źródłowego skromne arcydzieło.

Miłość śmierć roboty
Fot. Kadr z serialu Miłość, śmierć i roboty

Literackie pierwowzory poszczególnych odcinków LD&R nieumyślnie udowadniają przewagę obrazu nad słowem – szczególnie wtedy, gdy owe słowo stanowi jedynie pustą skorupę pozbawioną uroku. Mechy to nie jedyna historia, która polega na tym poletku. 13 odcinek, Szczęśliwa trzynastka, obfituje w epickie starcia kosmicznych samolotów rodem z Gwiezdnych Wojen. Opowiadanie to jednak nic więcej jak zabiedzona kalka ekranowej wersji, nagi tekst pozbawiony emocji, a bohaterskich maszyn nie sposób sobie wyobrazić, wszak autor opisuje je oszczędnie, używając jednego słowa: Statek. Nie 'Monstrualny, ciężki statek’, nie 'Skrzydlaty, opancerzony statek’. Po prostu statek. Cholera wie, może chodzi o te wodne, wymyśl sobie sam, czytelniku.


Melancholia i magia

Udanych łowów


Równie ważny co obraz jest klimat – to on nadaje dziełu duszę. Film ma z tym łatwiej, operuje wszak bezcennym językiem dźwięku, pisarze zaś muszą się napracować, by nabudować nastrój odpowiednio dobieranymi słowami. Świetnie poradził sobie z tym Ken Liu, autor opowiadania Udanych łowów, gdzie klimat odczuwa się z każdym kolejnym przeczytanym słowem.

Zobacz również: Najlepsze seriale animowane dla dorosłych

Liu stworzył świat fantastycznych Chin, gdzie błyskawicznie rozwijająca się technologia wypiera narodową kulturę, a magia odchodzi w zapomnienie. Liang, syn łowcy demonów, obserwuje, jak łąki i pola ryżowe zostają zastąpione przez żelazne koleje, jak maszyny wkraczają między ludzi, a magiczne stworzenia znikają ze znanego mu świata. Choć zostaje zmuszony pogodzić się ze zmianami, wspomnienie dawnej magii nigdy nie zanika w jego sercu. Udanych łowów to nostalgiczna baśń o przemijaniu, grająca na wrażliwych emocjach. Autor wciąga czytelnika do wykreowanego świata i pozwala mu odczuć ów magiczny klimat, dostrojony do mieszanki melancholijnych uczuć.

Zobacz również: Zbrodnie przyszłości – recenzja filmu. Creepypunk

Ekranizacja dodaje do rewelacyjnego materiału źródłowego nastrojową muzykę i wyraziste obrazy, które uderzają w oglądającego z siłą większą niż słowa, potęgując emocje. A jednak to klimat opowiadania mocniej zapada w pamięć.

Miłość śmierć roboty
Fot. Kadr z serialu Miłość, śmierć i roboty

Miłość, śmierć i roboty to w większości krótkie, kilkuminutowe odcinki, często nastawione na groteskę i śmiech, eksplozje i fajerwerki. Taka forma – szybkiego, mocnego strzału – głęboko gdzieś ma klimat czy nastrój. I słusznie, bo nie zawsze jest to potrzebne. Jednakże to właśnie tych kilka odcinków, odbiegających od normy, uważam za perełki. Za tę szaleńczą różnorodność pokochałem serial.


Myśl

Błękit Zimy


Animacje i opowiadania prezentują te same historie, które zasadniczo niewiele się od siebie różnią, bo choć środki wyrazu zmieniają się zależnie od medium, to jednak treść pozostaje ta sama. Tak więc większość odcinków – szczególnie tych krótkich, jak Świadek, Wysypisko czy Gdy jogurt przejął władzę – to niemal lustrzane odbicie literackich pierwowzorów. Im jednak obszerniejsza jest opowieść, tym ciężej przełożyć ją na język filmu. Największą różnicę obserwujemy między książkowym Błękitem Zimy, a jego serialową wersją pt. Nieśmiertelna sztuka. Zdaje się, że tytuł został zmieniony nieprzypadkowo.

Zobacz również: Ms. Marvel – recenzja pierwszego sezonu. Wcale nie marvel

Błękit Zimy Alastaira Reynoldsa to osadzona w odległej przyszłości historia artysty, który poprzez swe dzieła stopniowo odbudowuje własną tożsamość. Opowiada on o swoim tysiącletnim życiu, które poświęcił na zgłębianie własnego ja, by pojąć ostatecznie, że do szczęścia potrzeba mu bardzo mało. Reynolds w Błękicie Zimy przedstawia swój pogląd na sens istnienia, wymagając na czytelniku zastanowienia i refleksji.

Zobacz również: The Boys, sezon 3 -recenzja. Chłopaka ocenia się nie po tym jak zaczyna, a jak kończy

Obszerna i niełatwa w odbiorze myśl autora zaciera się jednak w serialowej wersji, która, by nie utracić uwagi widza, przycina niektóre wątki i uszczupla przesłanie. Zatraca przez to swą głębię, stając się jedynie zwykłą, kilkuminutową animacją.

Miłość śmierć roboty
Fot. Kadr z serialu Miłość, śmierć i roboty

Powyższy przykład obrazuje przewagę dzieła literackiego nad filmowym: pisarz ma nieograniczone miejsce i nieograniczony zasób słów do utworzenia swojej opowieści. Może zatem stworzyć wszystko, co przyjdzie mu do głowy, i przekazać to odbiorcom w najbardziej dosadnym i przejrzystym obliczu. Mimo ogromu zalet kinematografii, pewne rzeczy efektywniej działają na kartce papieru.


Podsumowanie


Miłość, śmierć i roboty to przede wszystkim wizualna uczta, niemniej fabuły poszczególnych odcinków również zasługują na uwagę, a w książkowej wersji – surowej i nagiej – można się im przyjrzeć bacznym okiem. Dostrzec można wtedy, że oferują sobą więcej treści, a poszczególne opowiadania to ciekawe zabawy z formą literacką (przykładowo Świadek to scenariusz, a Trzy roboty – dialog). Serial to burzliwy, emocjonalny rollercoaster, wciągający, wyzywający i zaskakujący. Opowiadania, choć nie oferują takich wrażeń, również potrafią zaskoczyć.

Zobacz również: Miłość, śmierć i roboty, sezon 3 – recenzja serialu. Rozlew krwi i fabularna stagnacja

Czy ostatecznie warto przeczytać Miłość, śmierć i roboty? Książka to w końcu niemalże to samo, co serial. A jednak zbiór owych 18 wyjątkowych historii daje czytelnikowi przedziwną możliwość poznania ich na nowo, dogłębnie, dostrzeżenia pewnych niuansów i doznania refleksji. Skoro kilkunastu ambitnych reżyserów na ich podstawie stworzyło jeden z najpiękniejszych seriali wszechczasów, to co stworzy w głowie czytelnik? Cóż, mogę jedynie powiedzieć, że dla mnie czytanie antologii było intrygującym doświadczeniem.

Zalecam przeczytać książkę, a później obejrzeć serial. Lub na odwrót, najpierw obejrzeć serial, a później przeczytać książkę. Wrażenia, wbrew pozorom, mogą być różne.

Karol Żołowicz

Zawsze chętny do dyskusji o popkulturze, fanatyczny bibliofil i miłośnik filmografii. Wychowany na horrorach ubiegłego wieku, obecnie rozmiłowany w literaturze fantastyki i grozy. Kocha Lovecrafta, filmy z Willemem Dafoe, ciszę oraz pączki bez nadzienia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze