Trzy tysiące lat tęsknoty – recenzja przedpremierowa filmu

Spotykacie dżina, który może spełnić Wasze trzy życzenia. O co byście poprosili? Albo raczej: o co nie prosić? Takie pytanie stawia sobie reżyser George Miller w swoim najnowszym filmie – Trzy tysiące lat tęsknoty.

Dr Alithea Binnie (Tilda Swinton), która zawodowo zajmuje się badaniem mitów, bajek i legend, nagle spotyka dżina (Idris Elba). Jako naukowczyni i racjonalistka dziwnie szybko oswaja się z tym faktem i zaczyna z nim rozmawiać. Sensem życia dżina jest spełnienie trzech życzeń osoby, która otworzyła butelkę. Potem będzie mógł się udać na wieczną emeryturę. Paradoksalnie kolejni właściciele swoimi życzeniami doprowadzają do sytuacji, przez którą nie mogą wypowiedzieć ostatniego życzenia (na skutek śmierci czy wymazania pamięci). I tak dżin nie może się uwolnić z tego błędnego koła.

Niestety teraz trafił na osobę, która (o zgrozo!) nie ma żadnych życzeń. Albo raczej jest na tyle świadoma konsekwencji takich magicznych sztuczek, że woli ich nie mieć. W końcu jednak daje się przekonać i  wyraża życzenie, by dżin się w niej zakochał (nic nie sprzedaje filmu lepiej niż romans!). I od tego momentu moim zdaniem film zupełnie odpłynął. Jakby scenarzyści George Miller i Augusta Gore nie mieli pomysłu na zakończenie.

Zobacz również: Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy – recenzja dwóch pierwszych odcinków

Trzy tysiące lat tęsknoty to w ogóle bardzo nierównomierny film. Zdecydowanie najwięcej czasu poświęcone jest przygodom i problemom dżina. I to jest najciekawsza część. Idris Elba dodał tej baśniowej postaci cech charakteru, których nie widzieliśmy dotąd w żadnym innym filmie czy bajkach Disneya. Jest bardziej złożony, skomplikowany i ludzki, bliższy nam, śmiertelnikom. Natomiast bohaterka grana przez Tildę Swinton ma swój wstęp i zakończenie, ale brakuje najsmaczniejszego – środka. Mimo to Swinton stworzyła świetną kreację, specyficzną, ale przez to jeszcze bardziej zapadającą w pamięć. Czyli dokładnie to, czego możemy się po niej spodziewać i za co ją kochamy.

Trzy tysiące lat tęsknoty
Kadr z filmu Trzy tysiące lat tęsknoty

Cała techniczna część produkcji jest zachwycająca. Obrazki bardzo barwne dzięki fantastycznym kostiumom, charakteryzacji i scenografii. (Mieli czym się pobawić przez skoki w czasie i historii.) Montaż i zdjęcia są bardzo ciekawie prowadzone – świeże, pomysłowe i niesztampowe. Z przyjemnością się to oglądało.

Zobacz również: Wielka wojna o Pierścienie Władzy – o toksyczności Hollywoodu i fandomów

Wychodząc z tego filmu miałam jednak jeden zasadniczy problem: o czym on jest? Nie jest to standardowa fabularyzowana bajka, film fantasy ani romans. Bardzo brakowało mi jasnej myśli przewodniej. Zamiast tego rzucili parę mniejszych i większych okruchów, które prowadzą do zupełnie niezrozumiałego dla mnie finału.

Warto jednak zobaczyć Trzy tysiące lat tęsknoty dla samych Elby i Swinton. Film w kinach od 9 września.

Plusy

  • Bajkowe efekty specjalne
  • Kreacja Tildy Swinton
  • Kreacja Idrisa Elby

Ocena

6 / 10

Minusy

  • Absurdalny, śmieszny i niepotrzebny romans głównych bohaterów
  • Bałagan gatunkowy
  • Niezrozumiałe zakończenie
Kinga Senczyk

Kulturoznawczyni, fanka teatru (zwłaszcza musicali), muzyki i tańca tradycyjnego w formach niestylizowanych. Kocha filmy Bollywood, francuskie komedie i łażenie po muzeach.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze