Gabriels – Angels & Queens, Part I – recenzja płyty

Nazwa zespołu Gabriels pewnie wam nic nie mówi. Też byłem w tym gronie. Przeglądając fora i zagraniczne media muzyczne natknąłem się na opinie, że ich niedawno wydany album jest murowanym kandydatem do albumu roku. Normalne, że musiałem sprawdzić o co tyle szumu i co mogę powiedzieć. Wsiąkłem.GABRIELS

Zespół Gabriels pojawił się znikąd. Na rynku zaistnieli parę lat temu, wydając swoją pierwszą EP-kę i choć nie przeszli do mainstreamu to nie można powiedzieć, że zostawili złe wrażenie. Już wtedy zwracano uwagę na to jak odważnie mieszają gatunki i style. Tak jak się człowiek przyjrzy na skład to tu też mamy niecodzienną mieszankę. Lusk, wokalista był kierownikiem chóru i uczestnikiem Amerykańskiego Idola. Partnerują mu: kompozytor z Kaliforni Ari Balouzian oraz reżyser z Sunderlandu Ryan Hope. Trzeba przyznać, że mamy tu do czynienia z niecodzienną ekipą.

GABRIELS

Ich najnowszy album Angels & Queens Part I, który miał premierę 30 września, umiejętnie łączy elementy gospelu z odrobiną popu. Twórcy swoją muzyką moim zdaniem idealnie wpasowują się w aktualne trendy, ponieważ Silk Sonic świetnie pokazali, że takie mieszanki gatunkowe i powrót do „starej muzyki” mogą pomóc osiągnąć sukces. Jednak, co różni Silk Sonic i Gabriels (prócz tematyki) to dojrzałość. Wszystkie piosenki prezentują muzyczną elegancje oraz słowną porządność. Powoduje to, że nie jest to z pewnością płyta dla wszystkich, ale moim zdaniem każdy znajdzie dla siebie przynajmniej jedną piosenkę.

Zobacz również: Muzyczny radar premier #2

Album otwiera piosenka Angels & Queens, która ewidentnie może spodobać się większej publice. Mamy tu do czynienia z dodatkiem funku do tej gospelowo- popowej mieszanki. Autorzy w tej piosence ukazują rozterkę religijnego mężczyzny (stąd Angels), jaką przechodzi w momencie zobaczenia jednej z Queens – pięknej kobiety. Piosenka jak na swoje bardzo dojrzałe, wręcz duchowe słowa jest podana w iście radiowym stylu.

Zobacz również: Paula Roma – Cholerne pragnienie – recenzja płyty

Zupełnie inna jest druga, a zarazem moja ulubiona piosenka z tej płyty Taboo. Po pierwsze diametralna zmiana tempa. Wykorzystywane tu skrzypce, pianino powodują, że mamy tu przejście z melodii mocno radiowej do kameralnej.  Jedyne, co można powiedzieć, że jest radiowe to barwa głosu wokalisty, bo przypomina poważniejszą wersję Gnarlsa Barkleya, autora piosenki Crazy. Kontynuując, trzeba znowu zwrócić uwagę na słowa, ponieważ i tu mamy sporą zmianę. Tym razem stajemy w ciele grzesznika, który na początku odczuwa przyjemność z grzeszenia, lecz z biegiem czasu zaczyna mu to ciążyć i dociera do niego, że popełniał błąd. Piosenka pomimo swojej kameralności prezentuje klimat niesamowicie pasujący do serii filmów o Jamesie Bondzie. 

Zobacz również: Pezet – Muzyka Komercyjna – recenzja 

Wiekszość piosenek ma jedną wspólną ceche – perfekcyjne wykonanie. Melodie są tu dopracowana do perfekcji, a wsłuchując się można usłyszeć kolejne smaczki. W starym opakowaniu piosenki można odnaleźć sporo elementów współczesnych, które ja usłyszałem dopiero za którymś razem. Niestety tylko większość, bo i znajdziemy gorszy utwór. To the Moon and back jest swoim zamyśle bardzo ambitne. Duża ilość instrumentów, sporo synthu w tle i dodatkowo chórki wprowadzają w pewnym momencie niesamowity chaos i cały czas nie mogę się w nim odnaleźć. Mam wrażenie, że usunięcie jednego elementu całej układanki wyszłoby tej piosence na dobre.

Tak jak pisałem wcześniej. Z pewnością nie jest to płyta dla każdego, ale na pewno jest to płyta dla mnie. Nie ukrywam, że zakochałem się w tych brzmieniach i jest to według mnie po prostu płyta bliska ideału. Czekam z niecierpliwością na drugą część albumu, która ma mieć wkrótce premierę. Amen !

Plusy

  • Dopracowana mieszanka gatunkowa
  • Połączenie elementów symfonicznych z nowymi brzmieniami

Ocena

9.5 / 10

Minusy

  • Gdyby nie ta jedna piosenka......
Krystian Błazikowski

Cichy wielbiciel popkultury. Pisanie zawsze było cichym marzeniem, które mogę zacząć spełniać. Na co dzień wielki fan Marvela, fantasy oraz horroru. Całość miłości do filmu domyka kino azjatyckie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze