Kali – K4LION – recenzja płyty

Marcin „Kali” Gutkowski wraca dwa lata po zakończeniu swojej muzycznej kariery. Założyciel Ganja Mafii wydał niedawno swój czwarty solowy album, a dwunasty licząc płyty współtworzone. Czy K4LION jest ciekawym powrotem?

Po wydaniu wspólnie z Majorem SPZ płyty HUCPA w 2020 roku, po spotkaniu się ze sporym hejtem, nawet ze strony fanów obu raperów, Kali ogłosił zakończenie kariery. Od lat wiadomo, że powroty się ładnie sprzedają, ale Kali się trochę pospieszył z K4LION i jego powrót nie zrobił oczekiwanego szumu.

Na blokach to pierwszy singiel zapowiadający nowy album. Spotkał się on z ciepłym przyjęciem ze strony słuchaczy. Sir Mich wyprodukował ciężki rapowy bit, a Kali się w nim po prostu wykąpał, nie zostawiając wątpliwości, że parafrazując – nie potrafi zostawić tego co kocha tak.

Zobacz również: Call of Duty: Modern Warfare II – recenzja gry. Kapitanie Price, miło Cię znów zobaczyć!

Zostając przy dobrych utworach, warto wspomnieć o piosence WYJ3BAN3, w której raper zwraca uwagę na kwestie polityczne i społeczne. Oczywiście nie mogło w tekście zabraknąć nawiązania do kryminalnej przeszłości rapera, ale nie wiadomo po co non stop o tym powtarza. Po tylu latach, nawet ludzie nie słuchający polskiego rapu, wiedzą o torebkach zabieranych kobietom na Krakowskich ulicach. Piosenka z tytułem Zła energia również trzyma dobry rapowy poziom i przesłaniem bardzo nawiązuje do albumu Chakra, który współtworzył wraz z Pawbeats.

A teraz cała reszta K4LION. Jak gościu, który na rapowej scenie jest od blisko 20-stu lat, może mieć tak banalne wersy?   Słuchając tego albumu miałem wrażenie, że słyszę te 12 poprzednich płyt. Przez 2 lata mógł usiąść do zeszytu i trochę pogłówkować. W każdej piosence na nowym albumie jest to samo co było już wcześniej. Od lat inspirowanie się światowej sławy raperem Snoop Doggiem, zaczyna obracać się przeciwko Kaliemu.

Zero świeżości, a wręcz monotematyczność w krótkich wersach. Wstyd. Słuchając płyty pierwszy raz, przypomniałem sobie jak policja zarekwirowała leczniczą marihuanę należącą do Kaliego. Pomyślałem wtedy, że ciekawe czy jakoś do tego nawiąże w którymś z kawałków. Zaraz po tej myśli przekonałem się, że nie tylko lekkie nawiązanie, a cała piosenka została poświęcona temu wydarzeniu. Mało tego, bo jest to piosenka reggae. Kali chciał powtórzyć fajną mieszankę styli z płyty Chudy chłopak ale w ogóle to nie wyszło. Jak dla mnie numer Ziele to cringe. A z tematem szeroko rozumianego „palenia” lepiej sobie poradził na nowym albumie – Dawid Podsiadło w piosence Blant.

Zobacz również: Dawid Podsiadło – Lata Dwudzieste – recenzja płyty

Zero gościnnych występów psuje przede wszystkim refreny. Zamiast piać na autotune mógł zaprosić utalentowane dziewczyny czy nawet wokalistę. Ale po co skoro można zaoszczędzić i pośpiewać samemu. To tylko jeden z wielu elementów, który sprowadza ten album do niskiego poziomu. Ta płyta jest biedna we wszystko, ale bogata w powtarzalność.

Ze strony producenckiej jest tutaj dużo dobrej muzyki. Poza Sir Michem, który użyczył aż ośmiu swoich kompozycji na 14 utworów, możemy tu usłyszeć bity między innymi Sad Jokes, Newlights czy Magiery. Producenci bardzo dobrze wkręcili się w styl lidera GM, co raczej nie było trudną sztuką.

Zobacz również: Pezet – Muzyka Komercyjna – recenzja

Więc, czy K4LION jest ciekawym powrotem? Dla miłośników rapera na pewno jest to długo wyczekiwany materiał. Ale nic przełomowego, ani nic specjalnego dla przeciętnego słuchacza polskiego rapu. Zaraz po skończeniu odsłuchu nowego krążka, wypada przesłuchać kilku wcześniejszych kawałków, żeby nie zapomnieć ile kiedyś znaczył rap byłego reprezentanta Firmy.

Plusy

  • Uliczny styl
  • Prostota

Ocena

4 / 10

Minusy

  • Monotematyczność
  • Brak gości
  • Autotune
Subskrybuj
Powiadom o
guest

1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Paula

Bardzo mądrze napisane!