The Walking Cat, tom 2 – recenzja mangi. Koto-sztafeta

Ci, którzy czytali recenzję pierwszego tomu, zapewne wiedzą, iż The Walking Cat początkowo nie przypadło mi szczególnie do gustu. Czy drugiemu tomowi udało się zmienić coś w tej kwestii?

The Walking Cat, tom 2 bezpośrednio kontynuuje historię z poprzedniej części. Dotarłszy na wyspę ocalałych, Yuki trafia w ręce dziewczyny imieniem Kaoru, która od tej pory przejmuje nad nim opiekę. Kocur towarzyszy jej w codziennych obowiązkach, rodzinnych dylematach i rozterkach miłosnych. Nic, co dobre, nie może jednak trwać wiecznie – wkrótce na wyspie zaczynają się problemy, z którymi ani biały futrzak, ani pozostali mieszkańcy mogą sobie nie poradzić.

Zobacz również: The Walking Cat. Tom 1 – recenzja mangi. Apokalipsa według kota

Muszę przyznać, iż pod względem fabuły odczułam sporą różnicę w porównaniu do pierwszego tomu – na szczęście na plus. Historia nie jest już aż tak fragmentaryczna; nie przypomina więcej zbioru losowych scen, widać w niej faktycznie jakąś ciągłość. Co więcej, spora część podejmowanych wątków, w tym takie jak syndrom sztokholmski, braki zapasów czy epidemie chorób na wyspie, wzbudziła moje zainteresowanie. Nie należały one może do najbardziej oryginalnych treści, jakie w tym gatunku widziałam, ale zawsze przyjemnie popatrzeć, jak przetrwańcy się męczą. Ucieknięcie przed zombie to w końcu nie wszystko. Oprócz tego trzeba też znaleźć sposób, by przeżyć bez udogodnień cywilizacji, którą one zniszczyły.

Jedyny problem jest taki, że na wszystkie te wątki (i jeszcze kilka pomniejszych) przypada zaledwie sto pięćdziesiąt stron mangi. W efekcie większość z nich rozwiązuje się stanowczo za szybko – jeszcze nie zdążę dobrze poczuć powagi sytuacji, a bohaterowie już sobie z nią radzą i przechodzą do porządku dziennego. Szczególnie przy części o epidemii dało się to we znaki. The Walking Cat, tom 2 chce złapać zbyt wiele srok za ogon jednocześnie. Uważam, że to, co się w tym tomie wydarzyło, spokojnie można było rozłożyć na dwa. Jasne, wtedy musiałabym wydać więcej kasy na tę serię, ale w imię lepiej rozwiniętej fabuły chyba mogłabym poświęcić te dodatkowe dwadzieścia złotych.

Zobacz również: One Piece Film: RED – recenzja filmu

Mimo że jest to kontynuacja teoretycznie ciągle opowiadająca historię tej samej postaci, i tak musimy sobie trochę tekstu poświęcić na opis nowych bohaterów – bo poza Yukim oraz dzieciakami, które wcześniej miały dosłownie jedną scenę, nie powtarza nam się tu nikt z pierwszej części.

The Walking Cat tom 2
Fot. Strona z mangi „The Walking Cat, tom 2”.

Główne skrzypce w The Walking Cat, tom 2 gra Kaoru, nowa właścicielka białego kocura. Dziewczyna w wiosce zajmuje się… właściwie nie jestem pewna czym, po prostu sobie jest. Czasem pomaga tu, czasem gdzie indziej, zależy, gdzie akurat potrzeba. W międzyczasie zaś dostajemy przebłyski jej rozterek natury osobistej. Czytelnikowi przychodzi więc obserwować jej miłosne podchody, a także moralne konflikty – Kaoru nie potrafi bowiem zdecydować, czy powinna wybaczyć swojej matce porzucenie rodziny i uratować ją z toksycznej, przemocowej relacji, w jaką ta się wplątała, czy też olać ją zupełnie, by dalej ponosiła konsekwencje swoich wyborów.

Zobacz również: Uzumaki – poetyka horroru

Kaoru wydała mi się generalnie dość sympatyczną, ale mało charakterną postacią. Taka trochę typowa shounenowa protagonistka. Energiczna, pomocna, wszędzie jej pełno, czasem prowokuje jakieś trochę głupkowate, ale w miarę zabawne sytuacje. No i oczywiście pod koniec musi wykazać się niezwykłym heroizmem oraz zdolnością do poświęcenia dla dobra innych, bez tego obejść się nie mogło. Tym niemniej wciąż lubiłam ją bardziej niż poprzedniego opiekuna Yukiego – Kaoru nie była już jedynie kawałkiem kartonu, tylko szablonową, bo szablonową, ale wciąż bohaterką. Ona i Jin to jak niebo a ziemia. Poprzeczka wprawdzie wisiała dosyć nisko, ale na szczęście dziewczynie udało się ją przeskoczyć – i to nawet z pewnym zapasem.

Pozostali… cóż, dużo się o nich powiedzieć nie da. Billy (obiekt uczuć Kaoru) wydaje się spokojnym, odpowiedzialnym, poukładanym chłopakiem. Jego czas z czytelnikiem nie był długi, ale i tak zdążyłam go polubić. Przywódca ocalałych to skuteczny lider o dobrym sercu, z kolei matka Kaoru oraz jej agresywny syndrom sztokholmski trochę mnie denerwowały. Nie mogę jednak potraktować któregokolwiek z nich jako znaczący plus czy minus mangi, ponieważ po prostu było ich w niej za mało. A najgorsze jest to, że nie zobaczymy też żadnego ich późniejszego rozwoju, bo w następnym tomie znowu będą nowe postacie. Końcówka bardzo jasno to sugeruje – w końcu Kaoru oddała kota komu innemu i tyle ją widział. Serio? Ten Yuki to co to jest, zwierzak czy pałka w sztafecie?

Zobacz również: Wiedźmin. Ronin. Tom 1 – recenzja komiksu. Youkai Geraltowi niestraszne

Znacznie więcej za to można powiedzieć o stylu rysunku autora. Omawiałam to już wprawdzie poprzednim razem, aczkolwiek w tym tomie zdarzały się takie fikołki, że muszę je poruszyć. Na ogół postacie są narysowane ładnie, do ich designu nie mam się raczej jak przyczepić. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak wtedy, gdy w kadrze potrzebny jest jakiś nietypowy ruch. W takiż sposób dostajemy między innymi tego potworka, którego możecie zobaczyć w mediach pod tym akapitem. Łokieć (a może ramię? Trudno stwierdzić, co bardziej) wykręcony i złamany na sto procent, ale przynajmniej baba stosownie pobita. Trzeba mieć w życiu priorytety, prawda? A tak poważnie, to przedstawiony w tym kadrze sposób zadania ciosu jest niemożliwy fizycznie pod absolutnie każdym względem. Nie mam pojęcia, jak to w ogóle przeszło do druku.

Fot. Strona z mangi „The Walking Cat, tom 2”.

Na szczęście podobne kwiatki nie zdarzały się zbyt często; to chyba jedyny, który aż tak mnie poraził. Wiadomo, kot wciąż jest nieraz trochę koślawy, ale to na takim w miarę akceptowalnym poziomie. Poprzedni tom już mnie do tego przyzwyczaił. Podobne do powyższego błędy mogą być całkiem zabawne, aczkolwiek jednocześnie pokazują też braki umiejętności u ilustratora. Mam nadzieję, że Kitaoka po tej drobnej wpadce przysiądzie z jakimiś poradnikami i trochę się doszkoli.

Zobacz również: Monster – docenione, ale niepopularne arcydzieło

Podsumowując, The Walking Cat, tom 2 z wieloma aspektami poradziło sobie lepiej niż poprzednik. Pomimo wtopy z niektórymi rysunkami manga przedstawia ciągłą i nawet całkiem interesującą historię o codziennym życiu ocalałych z inwazji zombie. Czytanie jej dostarczyło mi sporo rozrywki oraz znacząco poprawiło moje zdanie o tej serii. I jak po jedynce wspominałam, że po kolejne tomy już średnio chcę sięgać, tak po dwójce zmieniłam trochę swoje stanowisko. Właściwie to nawet zastanowię się, czy jednak nie kupić ostatniego tomu.


Autor: Tomo Kitaoka
Tłumaczenie: Amelia Lipko
Wydawca: Waneko
Premiera: 1 października 2022 r.
Oprawa: miękka z obwolutą
Stron: 165
Cena: 24,99 zł


ŚLEDŹ NAS NA IG
https://www.instagram.com/popkulturowcy.pl/

Plusy

  • Lepsza ciągłość fabularna w porównaniu do jedynki
  • Bohaterowie już nie są aż tak kartonowi, da się im przypisać przynajmniej kilka cech
  • Całkiem fajnie ukazana obozowa codzienność przetrwałych

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Parę kadrów jest narysowanych w rażąco niewłaściwy sposób
  • Znowu będzie zmiana głównych bohaterów. Ten Yuki to co to jest, kot czy pałka w sztafecie?
  • Trochę za dużo, trochę za szybko
Patrycja Grylicka

Fanka Far Cry 5 oraz książek Stephena Kinga. Zna się na wszystkim po trochu i na niczym konkretnie, ale robi, co może, żeby w końcu to zmienić i się trochę ustatkować.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze