Od kilku dni możemy oglądać na Disney+ trzeci sezon absolutnego hitu streamingowego giganta: The Bear. Jak wypada najnowsza odsłona perypetii Carmy’ego i jego załogi?
Przypisuje się Mickiewiczowi określenie poezji Słowackiego mianem „kościoła bez Boga”. W podobne tony uderza, moim zdaniem, 3 sezon The Bear. Budowlę mamy bowiem piękną i niezmiernie kunsztownie wykonaną. Gdy chodzi o stronę wizualną czy też o szerzej ujęte estetykę i vibe serialu, chyba nigdy nie było w nim tak dobrze na tym polu (a poprzeczka już była zawieszona wysoko!). Podobnie na poziomie reżyserskim jest on fenomenalny. Na uwagę zasługuje zwłaszcza odcinek 6 wyreżyserowany przez Ayo Edebiri (serialowa Sydney). Pokazuje on, w jaki sposób do załogi dołączyła Tina. Ogląda się go bardziej jak porządnie zrobiony krótki film niż odcinek serialu. Podobnie można byłoby zresztą powiedzieć o pierwszym odcinku, zawierającym flashbacki z przeszłości Carmy’ego czy też o chwilach ekranowego porodu Natalie. I chociaż w odizolowaniu od serialu nie brzmi to jak problem, to oglądając, można już dostrzec pewne wady tego rozwiązania.
Zobacz również: The Bear sezon 2 – recenzja serialu. Liczy się każda sekunda

Wiele seriali, zwłaszcza tych z dłuższym stażem antenowym, decyduje się w pewnym momencie na kilka „eksperymentalnych” odcinków. Czasem nawet jest to cały sezon. Zazwyczaj nie mają one na celu pchać fabuły za bardzo do przodu, zwłaszcza że zwykle pojawiają się, gdy nie ma wiele do dodania na tym polu. Skupiają się też na pogłębianiu relacji między postaciami i eksplorowaniu różnych pisarskich dynamik. Sezon 3 składa się niemal wyłącznie z tego typu rozwiązań. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że tutaj wciąż jest jeszcze historia do opowiedzenia. I oczywiście, nie wszystko w telewizji musi składać z dramatów, sztucznie pompowanych cliffhangerów czy niepotrzebnie budowanych konfliktów (które zwykle rozwiązałby jeden SMS). Nie oznacza to jednak, że fabuła, pędząca dotychczas z kosmiczną wręcz prędkością, nagle musi znaleźć się w kompletnym impasie.
Zobacz również: Supacell – recenzja serialu. Marvel nie dobił gatunku superhero

O ironio, sezon ten zdaje się – tak jak Carmy – popadać w pułapkę perfekcjonizmu. Tak jak dla niego najważniejsze jest realizowanie „non-negotiables”, tak i serial wydaje się dążyć do ucieleśnienia pewnej wizji. Dobrze jednak wiemy, jak bardzo „non-negotiables” naruszyły relacje między postaciami. Określić można go słowami widocznymi w pokazanej w finale sezonu recenzji krytyka kulinarnego: brilliant, innovative, disappointing. Być może jednak, skoro był on filmowany ramię w ramię z sezonem 4, to tam tak naprawdę rozwiążą się wszystkie problemy i zostaną zamknięte wciąż otwarte wątki. Niewykluczone, że odczytywane razem będą stanowiły świetną całość, która na zawsze zapisze się w annałach srebrnego ekranu. Obawiam się jednak, że może mieć to miejsce kosztem późniejszego przyspieszania akcji (nadmiernego nawet jak na charakterystykę serialu) i nieuczynienia zadość głębi niektórych zagadnień. Zwłaszcza że nie wiemy wciąż, czy The Bear otrzyma kolejne sezony.
Zobacz również: The Boys – recenzja 4 sezonu. Więcej posoki, chłopaki wytrzymają
W tym wszystkim trzeba podkreślić jedną kwestię: ten sezon naprawdę był kawałem świetnej telewizji. Całe moje malkontenctwo nie ma na celu, udowodnić, że był on słaby. Wszystko, co powinno być w nim w porządku, takie jest. To, czego trudno się doszukać, to pewne poczucie celowości – dusza, którą miały poprzednie sezony. Jasne, może to wynikać z tego, że i w samej restauracji pod tym kątem nie dzieje się za dobrze. Znów powiedzieć można jednak coś, co odnosiłoby się również do samego Carmy’ego z załogą: to naprawdę przykre, że bycie perfekcyjnym czasem po prostu nie wystarcza.
Źródło obrazka wyróżniającego: FX
Według innych redaktorów...
K W.
23 lipca 2024Piękny.
Ludzki.
Empatyczny.
Życiowy.
Genialny.
10
