Seria Krzyk zatacza kolejne koło, jeżeli można tak powiedzieć o filmach słynących z meta komentarzy. To przetasowaniach w obsadzie i nowojorskim epizodzie, Krzyk 7 wraca do tego, co sprawdzone, znane i lubiane. Zasłużone „długo i szczęśliwie” Syndey Prescott nie trwało długo.
Opening filmu Krzyk 7 to zastrzyk nostalgii, kiedy wraz z bohaterami wkraczamy do domu Machera i oglądamy pozostawione na podłodze kontury ciał z pierwszej masakry. A czym kończy się nadmierna fascynacja filmami z serii Stab? Albo zostajesz Ghostface’m, albo giniesz z jego rąk. I mimo że nasz zamaskowany morderca miał wycieczkowy epizod w Nowym Jorku, szybko wrócił na stare tropy, po raz kolejny biorąc na celownik Sydney Prescott i jej rodzinę. Z naciskiem na jej nastoletnią córką, Tatum, której chłopak także lubi zakraść się przez okno, jak kiedyś Billy.
Zobacz również: Poradnik: Jak przetrwać w filmie Krzyk
Przez cały film będziemy obserwować, jak historia się powtarza. Nie mam na myśli nudy, czy soft remake’u. Obserwujemy jednak zmienną dynamikę matki i córki. Sydney ma na celu przede wszystkim odcięcie Tatum od bolesnej i krwistej przeszłości, a także uchronienie jej od powtórki horroru, który sama przeżyła. Zachowania chłopaka dziewczyny, ani jej bliźniaczo podobna grupa znajomych zupełnie w tym nie pomagają. Co więcej, wszyscy fani historii Sydney upatrują w Tatum the legacy – która powinna być równie twarda i charakterna, a zupełnie nie jest. A jak wiemy, Krzyk nigdy się nie kończy i potrzebuje swojej final girl.
Zobacz również: Najbardziej wyczekiwane horrory 2026 roku
Ta zmiana toru w serii jest bardzo widoczna, tym bardziej, że film próbuje podważyć zasadność poprzednich nowojorskich części. Kontrowersje wokół produkcji i obsadu doprowadziły do tego, że dialogi nieustannie podkreślają nam centralną pozycję Sydney Prescott. Trochę jest w tym przesady, a trochę żalu, że z perpektywy czasu wielkomiejsce eksperymenty serii uważa się na błąd. Bo pod każdym względem Krzyk 7 wraca do korzeni. To nie tylko postacie. To sceneria, to liczne powroty do nazwisk sprzed lat, to kolejne podanie w wątpliwość schematów działania Ghostface’a.

Miłą i dobrze wykorzystaną odmianą jest natomiast włączenie technologii do fabuły. Dużą rolę odgrywa tutaj sztuczna inteligencja, ale też alarmy, kamery, komunikatory. Czasem wypada to głupiutko – Sydney szukająca zasięgu przez dłuższą chwilę, żeby powiedzieć córce, że nie zdaży na czas? Please… Ale na przykład atakowanie mordercy w oparciu o obraz z kilku kamer ustawionych pod różnym kątem? Całkiem nieźle. To wszystko dobrze równoważy nacisk na lata 90.
Zobacz również: Krzyk VI – recenzja filmu. O co tyle Krzyku?
Niezmiennie też film zapewnia nam dobrą zabawę. Ja również jestem wielką fanką serii, mimo że zabrałam się za nią dopiero z dwie części temu. Krzyk 7 przynosi nam jednak wszystko, co znamy i kochamy. Groteskowe, krwiste morderstwa? Oczywiście. Metatekstualne odwołania do początków? Na miejscu, ze specjalną nutką nostalgii. Porozsiewane wskazówki i zmyłki na temat tożsamości mordercy? Przyznaję, na moment dałam się zmylić. Chociaż tu akurat mieliśmy lepsze zakończenia – ale pozostawiam do oceny własnej.
Czy warto wybrać się na ten film do kina? Zdecydowanie. Seria zawraca co prawda z bardziej eksperymentalnego tonu, ale sprawdzone rozwiązania tak samo bawią i zapewniają rozrywkę. Nostalgiczny powrót świetnie wpisuje się w wątek kolejnego pokolenia, nie sprawia też wrażenia wpisanego na siłę, mimo zawirowań poprzednich części. A do tego mamy lekki powiew świeżości w postawi nowych technologii. Czego tu nie lubić?
Fot. główna: Kadr z filmu.

