Dzisiaj zmarła mama. A może wczoraj, nie wiem. Debiutancka powieść Alberta Camusa zaczyna się zdaniami, które przeszły do historii literatury jako jedne z najbardziej ikonicznych. To szokujące rozpoczęcie wprowadza nas w świat widziany oczami Meursaulta. Człowieka, który wydaje się nie wyrażać emocji. Niejednoznaczna, filozoficzna powieść do dziś pozostaje przedmiotem kontrowersji i sprzecznych interpretacji. Czy François Ozonowi udało się zaadaptować książkę, która przez lata uważana była za nieadaptowalną?
François Ozon opowiada historię Meursaulta, skromnego, niepozornego urzędnika, którego codziennej rutyny nie przerywa nawet śmierć matki. Do czasu, gdy pewnego gorącego dnia na plaży dochodzi do tragicznego zdarzenia. Adaptacja Ozona, która miała premierę w Konkursie Głównym festiwalu w Wenecji, to niezwykle aktualna opowieść o poszukiwaniu znaczenia w świecie, w którym wszelki sens został zagubiony. Oszczędne dialogi i piękne czarno-białe zdjęcia, stanowiące hołd dla klasycznego kina, budują wyjątkową atmosferę filmu.
W przypadku adaptacji materiału źródłowego w całości napisanego w pierwszej osobie, należałoby w ogóle zadać sobie pytanie, czy jest to dzieło, które da się przełożyć na język filmu. W końcu nieustanny monolog głównego bohatera, który opisuje otaczającą go rzeczywistość, szybko stałby się nie do zniesienia. Film powinien przede wszystkim opowiadać obrazem. Reżyser zdecydował się więc niemal całkowicie wyciąć wewnętrzną narrację głównego bohatera. Widz nie otrzymuje bezpośredniego dostępu do wewnętrznej perspektywy Meursaulta. Sprawia to, że mamy do czynienia z bohaterem, w znacznej większości seansu, milczącym. Wydawać by się mogło, że zdecydowanie utrudni to zrozumienie sensu opowieści, szczególnie widzowi niezaznajomionemu z książką. A jednak Ozon wychodzi z tej decyzji obronną ręką.
Być może pomaga w tym fakt, że Meursault jest niezwykle enigmatyczną postacią. Jego narracja nie daje nam jednak łatwego dostępu do motywacji i stanów emocjonalnych. To nietypowe zachowanie i odmowa podporządkowania się społecznym oczekiwaniom sprawiają, że podczas procesu oceniany jest on nie tylko za popełnioną zbrodnię, lecz także za to, jak zachował się po śmierci matki. Reżyser przekłada jego sposób doświadczania świata na język filmu. Zamiast wewnętrznego monologu otrzymujemy obrazy, gesty i przede wszystkim zmysłowe doświadczenie bohatera — słońce, morze, wiatr czy fizyczne zmęczenie. Paradoksalnie, chociaż reżyser usunął sporo treści pochodzącej z pierwowzoru, udało mu się przeobrazić krótką powieść w wierną, dwugodzinną filmową adaptację, co jest nie lada wyczynem.
Zobacz również: Folwark zwierzęcy – recenzja filmu. Że co, proszę?!

Nasz bohater nie odzywa się zbyt często w samym pierwowzorze, lecz jest to jeszcze bardziej podkreślone w filmowej wersji. Dzięki temu jego odmienność od społeczeństwa jest jeszcze bardziej widoczna. Informacje o psychice Meursaulta, których moglibyśmy dowiedzieć się z tekstu, są przekazywane wizualnie lub pozostają w sferze domysłu. Jednak niezmiennie bohater decyduje się cały czas mówić prawdę. Niestety to zazwyczaj wypowiedzi nieakceptowalne przez innych.
Czy łatwo będzie nam usłyszeć, że nasz partner nie wie, czy nas kocha, a właściwie, że to nie ma znaczenia? Jak może ktokolwiek uwierzyć, że bohater strzelił do Araba, ponieważ oślepiło go słońce, a następnie oddał w jego kierunku jeszcze cztery strzały? Bohater mówi prawdę, a jednocześnie wydaje się ona absurdalna dla całej reszty społeczeństwa. Uciszany jest nawet przez własnego adwokata. Wszystko, co powie, jest krytykowane przez innych, ponieważ nie spełnia ich oczekiwań. Nieustannie oceniają go według własnych kryteriów, podczas gdy on nie stara się nikogo udawać i wycofuje się z oceniania innych. Nawet w przypadku osób, na które patrzymy z dezaprobatą. Sprawia to, że znajduje swoich „kumpli”, ale jednocześnie pozostaje trudnym bohaterem nie tylko do polubienia, ale i do pełnego zrozumienia.
Zobacz również: Melancholia sprzeciwu – recenzja książki. Jakby znajomo?
Dyskusja po filmie pokazała, że widzowie na różne sposoby interpretowali tytułowego Obcego. Czy fakt, że nie wyraża silnych emocji i nie wierzy w to, w co wierzą inni, zasługuje na potępienie? Czy tłumi on w sobie emocje pod wpływem żałoby, a być może czuje je najmocniej? Część widzów, niezaznajomionych z literaturą egzystencjalną, uznała go nawet za psychopatę. Wydaje mi się jednak, że Obcy nie jest prekursorem American Psycho, jak niektórzy chcieliby myśleć. Sprowadzanie Meursaulta do psychopaty wydaje się zbyt prostym odczytaniem postaci, której zachowanie pozostaje celowo niejednoznaczne. Sam Ozon podkreślał, że nie chce rozstrzygać, czy jego bohater jest psychopatą — interesuje go raczej jego tajemniczość i możliwość różnych interpretacji.

W końcu niejednokrotnie obserwujemy niejednoznaczne bądź moralnie wątpliwe sytuacje, które zadają nam niekomfortowe pytania. Z łatwością chcielibyśmy je zignorować, a głównego bohatera zaszufladkować. Sam Camus widział w swoim dziele opowieść o gotowości do śmierci za prawdę i krytykę społeczeństwa wykluczającego osoby „odmienne”. Ozon przyznaje, że sam nie uważa, by w pełni rozumiał książkę, choć w swojej adaptacji znajdziemy tropy jego sposobu odczytywania powieści.
Więcej czasu dostają tu choćby zakochana po uszy w Meursaultcie Marie, a także Arab, który w książce nie posiadał nawet imienia. Reżyser wyraźniej niż Camus eksponuje także kwestie kolonializmu i rasizmu, które w powieści pozostają mniej rozwinięte i są przedstawione przede wszystkim z perspektywy Meursaulta. Zaburzona jest też chronologia przedstawianych wydarzeń. W większości jednak są to decyzje całkiem ciekawe i na swój sposób oryginalne. Jedną z największych zalet filmu stanowi to, jak udało się oddać unikalną, gorączkową i gęstą atmosferę powieści. Na pewno nie jest to seans nużący, ale pozostaje w swoim tempie nieśpieszny, co okazało się świetnym wyborem.
Zobacz również: Tony – recenzja filmu. Przez żołądek do serca
Cudowne czarno-białe zdjęcia Manu Dacosse ukazujące Maroko, udające Algierię lat trzydziestych, sprawiają, że czujemy hipnotyczną, niepokojącą atmosferę. Warto pochwalić także obsadę, która świetnie odnalazła się w wymagającej dla aktorów konwencji. Benjamin Voisin musiał być bardzo oszczędny w środkach wyrazu. Umiał jednak dużo przekazać poprzez sam wzrok czy gesty. Z kolei Rebecca Marder jako Marie potrafi nas przekonać, że rzeczywiście człowieka takiego jak Meursault można szczerze pokochać.
Obcy François Ozona okazał się udanym filmowym przedsięwzięciem. Zawiera wszystko, co fascynuje w powieści Alberta Camusa, jednocześnie przedstawiając to w sposób nadal atrakcyjny, choć wymagający, nawet dla widza niezaznajomionego z lekturą. Piękne zdjęcia, utalentowana obsada i natchniona reżyseria sprawiają, że seans jest wart naszej uwagi. Warto jednak dodać, że abstrakcyjność i egzystencjalizm przedstawionej historii mogą utrudnić niektórym widzom odbiór. Choć z drugiej strony, uważam, że nawet samej powieści nigdy w pełni nie zrozumiemy. Z pewnością jednak nie przestaje nas fascynować.
Źródło obrazka głównego: Gutek Film (materiały promocyjne)

