Onimusha Way of the Sword – recenzja gry. Droga do siły

Jak już kiedyś wspominałem, jestem ogromnym fanem kultury japońskiej. Przeczytałem wiele publikacji o historii i sztuce tego kraju, a samuraj jest dla mnie synonimem honorowego wojownika. Oczywiste było więc, że musiałem sięgnąć po Onimusha Way of the Sword. Teraz opowiem, jak wyglądała moja droga do tytułu mistrza miecza.

Onimusha Way of the Sword to najnowsza odsłona kultowej serii od Capcomu. Jest piątą główną częścią marki, a także jej powrotem po niemal dwudziestu latach przerwy. Tutaj jednak pragnę uspokoić potencjalnych nowych graczy. Najnowsza odsłona nie jest bezpośrednią kontynuacją żadnej z poprzednich części i ich znajomość nie jest wymagana do zrozumienia fabuły. Powracający fani niewątpliwie wyłapią jednak kilka dodatkowych smaczków.

Zobacz również: Made in Japan. Fascynujące historie japońskich arcydzieł – recenzja książki

Akcja gry rozgrywa się w feudalnej Japonii na początku okresu Edo, czyli mniej więcej w pierwszej dekadzie XVII wieku. Oczywiście jest to alternatywna wersja historii, wzbogacona o elementy nadnaturalne. Twórcy bardzo dobrze odwzorowali jednak wygląd lokacji i klimat tamtego okresu.

Głównym bohaterem jest Miyamoto Musashi, legendarny szermierz uważany przez wielu za najlepszego w dziejach swojego kraju. W produkcji Capcomu mamy do czynienia z dumną, ambitną i nieco zarozumiałą interpretacją tej postaci. Taki charakter dobrze współgra z jego pragnieniem, by zostać największym mistrzem miecza. Ważna jest także postać Ganryū, który pełni rolę rywala głównego bohatera i stanowi kontrast dla jego charakteru. Ogólnie postacie są mocną stroną omawianej produkcji. Twórcom udało się zachować dobry balans między faktami historycznymi a zmianami wprowadzonymi na potrzeby fabuły i rozgrywki.

A skoro mowa o fabule, ta jest dość typowa jak na grę akcji. Miyamoto umiera zabity przez demony zwane Genma, trafia do piekła, dostaje od tajemniczego staruszka rękawicę, która go wskrzesza i zapewnia moce. Normalka, prawda? Tak więc, jako świeżo upieczony zombie będziemy teraz przemierzać półotwarte Kioto i przerzedzać szeregi demonów, od czasu do czasu natrafiając na bossa. A musimy to robić, bo inaczej potwory sforsują bramę między światami i zaleją Ziemię. Historia prosta, ale satysfakcjonująca.

Zobacz również: Lalka – recenzja serialu. Nie ty bawisz się nią, to ona bawi się tobą

Onimusha Way of the Sword
Fot. Kadr z gry

Ważniejsze są jednak mechaniki, a szczególnie walka mieczem. W tej serii zawsze stawiano na widowiskowe pojedynki z wykorzystaniem kontr i blokowania. Walka skupia się przede wszystkim na płynności ruchów, szybkim przechodzeniu z obrony do ataku i wykorzystywaniu coraz bogatszego wachlarza technik, odblokowywanych wraz z rozwojem postaci.

Nie zapomniano także o znaku rozpoznawczym serii, czyli atakach typu Issen. Są to widowiskowe cięcia, które można wykonać, parując cios przeciwnika w idealnym momencie. W przypadku wariantu Break Issen musimy natomiast zbić całą wytrzymałość przeciwnika, aby dobić go jednym efektownym cięciem. Jak przystało na tytuł o samurajach, pojedynki szermiercze to zdecydowanie najlepiej dopracowany i najbardziej widowiskowy element rozgrywki.

Zobacz również: The Blood of Dawnwalker – recenzja gry. Między człowiekiem a potworem

Onimusha Way of the Sword
Fot. Kadr z gry

Poza machaniem mieczem są jeszcze inne sposoby na krzywdzenie przeciwników. Mam tu na myśli Oni Armaments, czyli umiejętności, które daje nam nasza rękawica. To zestaw zdolności specjalnych, nieco urozmaicających potyczki i pozwalających, na przykład, wykrywać wrogów czy łamać pancerz. Widać, że są to raczej dodatki, a twórcy skupili się głównie na używaniu katany. I zrobili to dobrze, choć z czasem staje się to monotonne.

Tym, z czym poradzono sobie gorzej, jest zmora wielu gier akcji, czyli misje poboczne. Teoretycznie mają być odskocznią od liniowej fabuły i pogłębiać lore. W praktyce sprowadzają się one do typowego „znajdź to”, „przynieś to”, „zabij to”. Ten schemat widujemy bardzo często. Choć, żeby być uczciwym, trafia się kilka ciekawszych zadań.

Walki z bossami i duża liczba parowań mogą sprawiać wrażenie, że Onimusha Way of the Sword jest grą z gatunku soulslike. Moim zdaniem jest jej jednak znacznie bliżej do klasycznej gry akcji. Zadbano o to, by gracz z czasem czuł się coraz silniejszy, dodając system rozwoju i odblokowywanie nowych technik.

Zobacz również: Piotr Stosiek – wywiad z prezesem zarządu Anaesthetic, twórców gry Unwell

Onimusha Way of the Sword
Fot. Kadr z gry

Tytuł chce, aby gracz czerpał satysfakcję z widowiskowych scen walk w ciekawej scenerii, a nie uczył się schematów bossa na pamięć, ginąc raz po raz. Zaoferowano nam wyzwanie, które zapewnia adrenalinę, ale nie powoduje nadmiernej frustracji. Zachowano przyjemny balans, który powinien spodobać się fanom dobrych gier akcji i widowiskowego cięcia mieczem. Jeśli należysz do którejś z tych grup, serdecznie polecam Ci tę produkcję.


Fot. główna. Materiały promocyjne

Plusy

  • Mechanika walki mieczem
  • Dobrze napisane postacie
  • Projekt lokacji

Ocena

8 / 10

Minusy

  • Zadania poboczne
  • Mocno liniowa fabuła
Kacper Kołacz

Czytam dużo, nawet sam coś piszę, ale mniej. Gram tyle, na ile ręka pozwoli. Znajomość ze mną grozi wysłuchiwaniem długich monologów o fantasy, komiksach i japońskich serialach o super bohaterach. Mam też parę zalet.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze