Radiant Black powraca w kolejnym tomie, a jego przygody nie zwalniają tempa. W najnowszej części na już całkiem doświadczonego superbohatera czekają nowe zmagania i kolejne prywatne problemy.
Chociaż w poprzednim zeszycie główny bohater z racji nieobecności spowodowanej pobytem w Egzystencji stracił pracę, udało mu się przekuć swoje moce w niezły zarobek. Otóż … pod postacią Radianta został…influencerem. Występuje w reklamach, promuje produkty, lokale. A nawet przygotowywany jest film o jego przygodach. Ciekawy i dość nietypowy krok fabularny, jak na historie o superbohaterach, którzy raczej tego typu profesji się nie imali i nie wykorzystywali wizerunku do reklam. Nie licząc serii The Boys oczywiście, ale tam z kolei herosi byli już na starcie gotowym medialnym produktem korporacyjnym. W klasycznych historiach zwykli ludzie oddzielali grubą linią tożsamość superbohaterską od tej prywatnej, i nie wykorzystywali pierwszej do rozwiązywania materialnych problemów drugiej. Radiant Black również tutaj stara się zerwać ze schematem i przyznam, że wychodzi mu to przyzwoicie i wiarygodnie.
Zobacz również: Pluribus – recenzja odcinków 1-7. I to jest dobre kino!
Bohatera przytłaczają również problemy związane z relacją z najlepszym przyjacielem. Chociaż w poprzednim tomie zostało wprowadzone niemałe zamieszanie, gdy Marshal wyznał prawdziwy stosunek do swojego starego kumpla. Wtedy sądziłem że jest to niewinne wyznanie pokroju “I love you, buddy” i otwarte powiedzenie, że zwyczajnie podziwia i zazdrości swojemu przyjacielowi. Niestety, twórcy chyba postanowili iść z duchem czasu i zrobili krok naprzód, sugerując dużo dobitniej, że Marshal czuje do Nathana więcej niż przyjaźń i dość mocno przeszkadza mu fakt, iż ten zszedł się z byłą dziewczyną. Nie ukrywam tutaj swojego rozczarowania, mam wrażenie, że tego typu zagmatwanie i taki kierunek rozwoju bohatera jest zwyczajnie niepotrzebny.

Powyższa ewolucja Radiant Blacka wpływa również na jego sposób rozprawiania się z przeciwnikami. Marshal jest znacznie bardziej doświadczony, świetnie panuje nad swoimi umiejętnościami, świadomy swoich mocy i ograniczeń. Z tego względu starcia wyglądają już inaczej. Wciąż są emocjonujące, ale w innym tonie. Czytelnik odczuwa dużą satysfakcję z tego, jak łatwo nasz superbohater radzi sobie z kolejnymi zmaganiami. Także twórcy bardzo dobrze nakreślili w tym aspekcie rozwój głównej postaci. Chociaż i tutaj czeka na nas pewna zmiana w postaci zapowiedzianej w podtytule drużyny, która opracowuje plan neutralizacji glownego bohatera.
Nowy tom pokazuje po raz kolejny wielowymiarowość serii. Ponieważ poza tym, że na końcu mamy wyjaśnioną genezę kolejnego Radianta – tym razem żółtego – to w głównej fabule twórcy nie zapomnieli o drugim prawie że głównym bohaterze tej historii. Mowa o Nathanie, który był naczelną postacią pierwszego tomu i pierwszym Radiantem w ogóle. Poświęcono mu sporo czasu, a pod koniec wprowadzono świetny twist, co prawda bardzo spodziewany, który i tak zagrał bardzo dobrze. Dzięki niemu czekam na kolejny tom dużo bardziej niż na kolejne. Zwyczajnie jestem cholernie ciekaw, co jeszcze historia ma w zanadrzu.
Zobacz również: Heweliusz – recenzja serialu. Zmarli nie mogą się bronić
Komiksy z serii Radiant Black fantastycznie wręcz łączą klasyczne spojrzenie na superbohaterów z nowatorskim podejściem. Z jednej strony mamy bohatera w stylu Petera Parkera, zwyczajnego chłopaka, który przypadkiem otrzymuje wyjątkowe zdolności i od teraz musi radzić sobie z podwójnym życiem. Z drugiej jednak mamy bardzo dużo nietypowych rozwiązań, które genialnie się sprawdzają i wnoszą dużo świeżości do mocno przejedzonego gatunku, oferując ciekawą rozrywkę często znudzonym czytelnikom. Cała seria odznacza się naprawdę wyjątkową oryginalnością, która do tej pory była przypisywana wspomnianym The Boys lub serii Niezwyciężony. Ten drugi w zasadzie ma ogrom podobieństw i z pewnością twórcy Radianta czerpali inspirację z tamtych komiksów. Nie przeszkadza mi to jednak w ogóle, bo choć inspiracja jest widoczna, nie mamy poczucia kalkowania czy bezczelnego kopiowania schematów. To wciąż jest bardzo oryginalna historia. Fani Invincible ją pokochają, podejdzie ona także tym, dla których Niezwyciężony był zbyt mocny. Radiant pozbawiony jest takiego ogromu brutalności, nie zobaczymy tutaj tryskającej krwi i wyrywanych flaków. Dzięki temu jest znacznie bardziej przystępny i lżejszy w odbiorze.
Zobacz również: Młodzi Tytani. Starfire – recenzja komiksu. Intuicja czy rodzina?
Radiant Black to naprawdę wyjątkowy projekt na rynku komiksów superbohaterskich. Świetny klimat kultowych historii superhero z nowatorskim podejściem, ciekawa fabuła i bardzo ładna oprawa graficzna. Co więcej, miło widzieć, że z biegiem kolejnych tomów seria nie traci ikry ani swojego potencjału. Wręcz przeciwnie, czuć że ma jeszcze wiele do zaoferowania. I nie będą to na siłę tworzone nowe rozdziały tej historii.
Źródło grafiki głównej: mat. prasowe/Non Stop Comics

