Dwa lata temu w Holandii zadebiutował nowy teleturniej – The Floor. Rok później światło dzienne ujrzała jego amerykańska wersja, a obecnie w TV możemy oglądać już 4. sezon naszej rodzimej adaptacji. Świat oszalał na punkcie walki o podłogę na tyle, że postanowiono przenieść wrażenia z programu na… grę planszową.
Jako że mamy do czynienia z grą na licencji, zacznijmy od zasad programu. 100 uczestników z przypisaną do siebie kategorią rywalizuje ze sobą na podłodze składającej się ze 100 pól. Uczestnicy wyzywają swoich sąsiadów na pojedynek w danej kategorii, gdzie najczęściej będą musieli mówić na zmianę, co znajduje się na kolejnych wyświetlanych obrazkach. Jeśli więc uczestnik wyzwie innego uczestnika w kategorii Aktorzy, na ekranie będą wyświetlane facjaty aktorów. Jeśli będzie to kategoria Rzeczy w torebce, będą to rzeczy typu szminka, telefon czy portfel. Pojedynek przegrywa ten gracz, któremu skończy się czas, a wygrany przejmuje jego kawałek podłogi. Gra toczy się, aż na tytułowej podłodze zostanie tylko jeden zawodnik.
Zobacz również: Poradnik Prezentowy 2025 – jakie popkulturowe prezenty sprawić bliskim pod choinkę?
Jak sprawdza się domowa wersja The Floor? Mam niezbyt sympatyczne doświadczenia z grami na licencji. Już sama ta fraza – na licencji – u wielu planszówkowiczów wywołuje dreszcze. Tutaj muszę jednak przyznać, że tytuł jest niezwykle udany, choć nie obyło się bez kilku wad. Otwierając pudełko z grą, znajdziemy instrukcję, dobrze znaną z programu podłogę w postaci planszy 5×5, 125 żetonów uczestników w 5 kolorach, 100 dwustronnych kart kategorii oraz po 23 karty wyzywającego i wyzwanego, zawierające litery alfabetu. Poza tym – bardzo kiepskiej jakości insert, co dziwi przy takiej cenie gry, ale o tym później.
Zobacz również: Nowa Ziemia – recenzja gry planszowej. Reiner Knizia w formie z małym zgrzytem
Rozgrywka nieco różni się w zależności od liczby graczy. Od razu wam powiem, że prawdziwe mięsko znajdziecie w wariancie powyżej 2 graczy. Gra w duecie też jest okej, ale dość szybko się nudzi, dlatego przyjrzymy się wariantowi 3-osobowemu. Na początku gry, każdy uczestnik wybiera swój kolor, a następnie dostaje 9 kart kategorii. Wybiera jedną z nich, kładzie obok siebie, a pozostałe przekazuje kolejnej osobie. Czynność powtarzamy, aż na ręce zostanie 1 karta i odkładamy ją do pudełka. Rozstawiamy swoje żetony i kategorie według wzoru z instrukcji z pozostawieniem zaznaczonego białym kolorem pola pustym.

Gra składa się z 3 rund i finału. W rundzie każdy gracz wyzywa na pojedynek jednego ze swoich oponentów, a następnie mierzą się w kategorii wyzwanego. A jak wygląda sam pojedynek? Ano nie będzie wyświetlania obrazków, lecz… wymyślanie. Wpierw jednak odpalamy urządzenie z dedykowaną stroną dla gry z licznikiem czasu oraz kultową, stresogenną muzyczką z cykaniem zegara i ustawiamy je pomiędzy uczestników pojedynku. Dostają oni również talię: wyzwanego i wyzywającego. Pojedynek rozpoczyna wyzywający – uruchamia zegar, a następnie ciągnie pierwszą kartę ze swojej talii i musi jak najszybciej podać hasło w kategorii pojedynku na wylosowaną literę.
Zobacz również: Lokomotywa – recenzja gry planszowej. „Stoi na stacji lokomotywa…”
Dla przykładu, gdy wyciągniemy kartę z literką J, a kategoria pojedynku to Aktorzy, możemy powiedzieć Jack Nicholson albo Arkadiusz Jakubik. Po poprawnej odpowiedzi odklikujemy swoje pole w aplikacji, zatrzymując swój licznik czasu i uruchamiając licznik przeciwnika. Teraz on wyciąga kartę i musi podać hasło w danej kategorii na wylosowaną literkę. W przypadku braku pomysłu, można powiedzieć pas, odczekać sekundę i wylosować kolejną kartę. Tak jak w telewizyjnym pierwowzorze, gracze mają po 45 sekund, a przegrywa ten, któremu skończy się czas. Wygrany przejmuje pole przeciwnika, a w roli wyzywającego staje kolejny gracz. Po każdej rundzie, sprawdzamy kto jest posiadaczem największego pola – ten gracz dobiera trzy karty kategorii i kładzie jedną z nich na polu Finał.
Finał rozgrywamy po 3 rundach. Szeregujemy graczy według ilości ich pól na planszy, a ten z najwyższą pozycją w rankingu jako pierwszy wybiera jedną z kart kategorii znajdujących się na polu Finał. Następnie wyboru dokonują kolejni gracze zgodnie z kolejnością w rankingu, aż każdy – z wyjątkiem gracza z najniższą pozycją – będzie miał przypisaną kategorię. Ostatnią kategorię należy odłożyć na stos kart odrzuconych. Gracz z najniższą pozycją wyzywa na pojedynek gracza będącego bezpośrednio przed nim w rankingu. Pojedynek rozgrywa się w kategorii wyzwanego. Zwycięzca tego starcia rzuca wyzwanie kolejnemu, wyżej uplasowanemu rywalowi i mierzy się z nim w jego kategorii. Proces ten trwa do momentu, aż wyzwany zostanie gracz zajmujący pierwsze miejsce. Zwycięzca ostatniego finałowego pojedynku wygrywa całą grę.
Zobacz również: Andromeda’s Edge – recenzja gry planszowej. Solidny tytuł bez efektu wow
Wersja planszowa The Floor jest fenomenalnym przeniesieniem uwielbianego teleturnieju do domowego zacisza. Przy tym jest też o wiele, wiele trudniejsza niż oryginał, bo umówmy się – znacznie ciężej jest pod presją czasu wymyślić coś na daną literę, niż nazwać rzecz/osobę na obrazku. A jak już pierwszy raz powie się pas, ciężko wrócić na dobrą ścieżkę, oj ciężko… Gra, jak wspomniałem, dość szybko się nudzi w duecie. Jeśli chcecie doświadczyć najlepszej strony tego tytułu, +3 graczy to mus. Podoba mi się bardzo to, jak twórcy sprytnie obmyślili sobie rundę finałową. Nawet jeśli nie pójdzie ci dobrze w pierwszych trzech rundach, wciąż masz szanse na zwycięstwo, tylko musisz wygrać kilka pojedynków z rzędu. Jak dla mnie świetna zasada w duchu gry. Dodatkowo, The Floor cechuje spora regrywalność. 200 kategorii i specyfika zgadywania zapewniają, że gra nie znudzi się zbyt szybko, a dodatkowo każdy znajdzie tu coś dla siebie – zarówno dorosły, jak i młodziak.

Największy minus to chyba cena tej planszówki. Mimo sporego funu, jaki dostarczyło mi The Floor, kwotę 120-140 złotych uważam za sporą przesadę. Insert to zwykła, najtańsza i bardzo łatwa do zepsucia tekturka, bardzo mało estetyczna. Mamy sporo kart i tekturowych żetonów, planszę i… to tyle. Wydaje się więc, że gdyby nie licencja popularnego programu, gra spokojnie mogłaby kosztować 4-5 dyszek mniej. Problemem, choć rzadkim, jest też sama apka, a właściwie strona internetowa z czasomierzem i rozwiązanie tapowania w telefon. Tapnięcia mają to do siebie, że czasami ekran ich nie czyta, a w grze, gdzie kluczowe jest jak najszybsze odpowiadanie, ma to kolosalne znaczenie.
Mimo tych wad, z czystym sumieniem polecam The Floor. Bawiłem się przy tym tytule wyśmienicie, a jako umiarkowany fan programu, mogłem się poczuć trochę jak jego uczestnik. Państwa-miasta na sterydach zdecydowanie nie jest tu ujmą, a wielką pochwałą. Nawet jeśli zakupicie grę bez żadnych promocji, nie powinniście żałować i będzie ona wam towarzyszyć przez długi czas.

