Hellraiser – przegląd serii. Część pierwsza

WITAMY W LATACH 90.


Na trzecią część serii przyszło nam poczekać 4 lata. W tym czasie sporo się działo wokół prawo do niej, które ostatecznie wylądowały w Dimensions Films. Hellraiser III: Piekło na ziemi to pierwszy film z serii zrealizowany poza Wielką Brytanią. Jednocześnie Clive Barker miał dużo mniejszy wkład w produkcje niż w przypadku poprzednich części, co niestety jest wyraźnie wyczuwalne.

Jednym z głównych wątków, który rozwija trzecia część, jest historia postaci Pinheada. W finale poprzedniej odsłony Kirsty dociera do ludzkiej natury demona. W wyniku tego zostaje on rozdzielony na 2 byty. Pierwszym z nich jest ludzka postać sprzed przemiany, która trafia do czegoś w rodzaju limbo. Jest nim Elliot Spencer, kapitan brytyjskiej armii z czasów I wojny światowe. Drugim bytem jest dobrze nam znany, rozkochany w bólu i cierpieniu, Pinhead. Pozbawiony swej ludzkiej strony łaknie tylko i wyłącznie krwi oraz ofiar.

Tym razem w ręce Pinheada trafia młody J.P. Monroe, właściciel klubu Boiler Room. Jego egoistyczna natura i fascynacja przemocą sprawiają, że jest idealnym narzędzie w rękach demona, by ten odzyskał siły. W akcję wplątana zostaje również Joey Summerskill. Ambitnej dziennikarki, która – będąc na tropie brutalnego morderstwa – dociera do wspomnianego wyżej klubu. To również z nią kontaktuje się z zaświatów Elliot Spencer. Dziennikarka łączy z nim siły, aby powstrzymać krwawe żniwa Pinheada na ziemi.

Zobacz równieżLARP. Miłość, trolle i inne questy – recenzja filmu. Ważne tematy w komediowej oprawie

fot. kadr z filmu Hellraiser III: Hell on Earth

Największa różnica względem dwóch poprzednich odsłon wyczuwalna jest w podejściu do poprowadzenia całej historii, jak i jej skali. Porzucono filozoficzny i metafizyczny ton wraz z mroczną i duszną atmosferą na rzecz większej ilości akcji w duchu klasycznych slasherów. J.P. Monroe to jedynie przystawka dla Pinheada, który po pełnym odzyskaniu sił, zabiera się za bywalców przepełnionego klubu Boiler Room. Setki nowojorczyków szukających seksu, niekończącej się zabawy i alkoholu zostanie nadzianych na haki i inne ostre przedmioty. Od skupienia na pojedynczych jednostkach w pierwszej części przeszliśmy do masowego mordu spragnionych wrażeń uczestników imprezy. Być może jest to krytyka ówczesnego społeczeństwa i postępujących w nim negatywnych zmian.

Z jednej strony czymś ciekawym i odświeżającym jest zobaczyć Pinheada w odsłonie typowego mordercy. Wzorem swoich slasherowych kuzynów chce po prostu pozbawić życia jak najwięcej osób. Z drugiej strony, wraz z tym ulatnia się charakter i esencja całej serii. Gwoździem do trumny jest przepełniony ogniem, wybuchami i strzałami pościg Cenobitów ulicami Nowego Jorku za Joey Summerskill. Efekt jest odwrotny do zamierzonego, a niepotrzebnie rozwleczona i mało interesująca scena zupełnie zaburza rytm, usypiając widza.

Zobacz również: Mission: Impossible – Final Reckoning – recenzja filmu [Blu-ray]

Ogólnie Hellraiser III to wciąż dobry film, cierpiący jednak na kilka mankamentów. To pierwszy raz, gdy seria oddaliła się nieco od swoich pierwotnych założeń. Opinia może zależeć od naszego podejścia do horrorów oraz do dwóch poprzednich części. Fani wcześniejszych filmów, poza jak zawsze genialną podwójną rolą Doug Bradley, nie znajdą tutaj wiele dla siebie. Widzowie niezaznajomieni z poprzednimi częściami mogliby uznać produkcję za całkiem dobry, rozrywkowy horror. Chociaż dobrze było doświadczyć czegoś innego w serii, to nie uważam, aby obrany kierunek był odpowiedni. Fabularne poprowadzenie może wydawać się ciekawe – nie idzie ono jednak w parze z właściwym kierunkiem artystycznym.


FINAŁ


Czwarta część jest zdecydowanie najbardziej ambitną i szaloną odsłoną pod względem konstrukcji fabuły. Podobnie jak kilka innych popularnych serii horrorów (na czele z filmem Karzeł 4 z tego samego roku), Hellraiser IV: Dziedzictwo krwi przenosi akcję w kosmos. Równocześnie historia obejmuje aż 3 linie czasowe. Punktem wspólnym dla nich wszystkich jest ród Lemarchandów, a także powstanie kostki oraz jej dzieje. Przejdźmy przez całość chronologicznie.

We Francji w roku 1796 poznajemy twórcę zabawek, Philippe’a Lemarchanda. Na zamówienie tajemniczego arystokraty, a jak się potem okazuje – okultysty L’Islea, tworzy znaną nam już kostkę Lemarchanda. Czasy współczesne, czyli Nowy Jork w roku 1996 to historia Johna Merchanta, potomka Philippe’a. Młody, utalentowany architekt napiętnowany nieznaną mu historią swojego przodka nieświadomie odtwarza w swych projektach kształty nawiązujące do Piekielnej Kostki. Ostatnią linią czasową jest rok 2127. Tutaj wydarzenia śledzimy z perspektywy specjalnej jednostki interwencyjnej, która ma za zadanie odbić stację kosmiczną Minos, przejętą z niewiadomych powodów przez swojego projektanta – Paula Lemerchanda.

Zobacz również: Mój ojciec – zabójca BTK – recenzja filmu

Wszystkie 3 historie oczywiście są ze sobą powiązane motywem przewodnim, jakim jest Elysium Configuration – przeciwieństwo kostki Lemarchanda (określanej w tej części również jako Lament Configuration) – mające na celu raz na zawsze zamknąć piekielną bramę. Każdy z trzech Lemarchandów, świadomie bądź nie, zmierza do wypełnienia swojego przeznaczenia i uruchomienia konfiguracji. Finałem tych starań jest oczywiście kosmiczne spotkanie z Pinheadem w odległej przyszłości.

Seria zmierza więc ku końcowi, chcąc ostatecznie zamknąć tetralogię oraz wrota piekieł. Historia z rozmachem i interesującym pomysłem, którego jeszcze nie dostaliśmy wcześniej, może się wydawać idealnym na to sposobem. Problem tkwi jednak w tym, że jest tego po prostu za dużo jak na niecałe 1,5 godziny trwania produkcji.

Wątek kosmiczny to tak naprawdę w większości wprowadzenie do całego filmu. Poza zwiedzaniem ciemnych i nieciekawych korytarzy stacji Minos oraz kilkoma scenami z Pinheadem nie uświadczymy wiele więcej. Dostajemy również finał, ale trudno mi zdecydować, czy jest on czymś wyczerpującym i epickim, czy bardziej przesadzonym i śmiesznym.

Najlepiej bawiłem się na retrospekcji przedstawiającej powstanie kostki. Ogromna XVIII-wieczna posesja L’Islea w gotyckiej estetyce i wydarzenia, które mają tam miejsce, przywodziły mi na myśl grę Amnesia: Mroczny obłęd. Jest to według mnie najciekawsza i najbardziej klimatyczna historia, która pasuje do stylu projektów Clive’a Barkera.

Zobacz również: Ostatni wiking – recenzja filmu. Stary, dobry Jensen

Współczesna linia czasowa, która najdłużej gości na ekranie, jest jednocześnie najmniej zajmująca. To most pomiędzy historią powstania kostki a finałem, który rozwija wątki oraz historie postaci. Raz jeszcze pojawia się Pinhead, który wydaje się wepchany do filmu na siłę. Całość niestety jest wtórna w kontekście tego, co dostaliśmy w tej serii do tej pory, i przegadana. Zaś na tle wydarzeń, które dały wszystkiemu początek czy wybuchowego i kosmicznego finału, jest po prostu nijaka.

Pomysł był ambitny. Ostatecznie próba połączenia ze sobą aż 3 historii kończy się tym, że żadna z nich nie wybrzmiewa wystarczająco. Być może częściowo winą za to można obarczyć studio Dimension Films, które zażądało skrócenia filmu i wycięcia niektórych scen. Dzisiaj byłby to materiał na serial. W 1996 roku w jednym obrazie przedstawiono całą historię kostki Lemarchanda oraz jej twórcy. Jednocześnie spróbowano dać serii satysfakcjonujące zakończenie. Według mnie sukces udało się osiągnąć połowicznie. Całość sprawia wrażenie tworu momentami pisanego na kolanie, a pomysł na takie przedstawienie historii nie zawsze wydaje się sensowny. Koniec końców seans polecam najbardziej zagorzałym fanom serii, którzy za wszelką cenę chcą zobaczyć zakończenie.

Dziedzictwo krwi to ostatni film z serii powstały w latach 90. Równocześnie jest to zakończenie historii, którą rozpoczęła produkcja z 1987 roku. Zaczęliśmy od nadprzyrodzonego body horroru, którego głównym składnikiem jest mieszanka przemocy, seksu, religii i mistycyzmu. Skończyliśmy na nieco bardziej rozrywkowym kinie, z większą ilością akcji i bardziej w duchu slasherów. Oczywiste jest, że praktycznie każda seria horrorów przy powstawaniu kolejnych odsłon zmienia się w większym albo mniejszym stopniu, rozwijając historię i próbując w odmienionej formie przedstawić raz jeszcze to, co tak dobrze przyjęło się przy okazji pierwszej części. Jak wkrótce mieli się przekonać fani serii, najdziwniejsze pomysły miały dopiero nadejść wraz z kolejnymi kontynuacjami.


Fot.główna: pulpzine.pl

Strony: 1 2

Robert Stefaniak

Dzień dzieli między pracę w e-commerce a pochłanianie filmów i muzyki. Jeżeli akurat nie ogląda jakiegoś starego horroru, to zapewne słucha czegoś głośnego i ekstremalnego. W wolnych chwilach zgłębia świat gier retro. W przeszłości maniakalnie dążył do opanowania każdego utworu Nirvany na gitarze.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze