Z serią Metroid zawsze łączyła mnie specyficzna relacja. Uwielbiam klimat i surowy styl tego cyklu, a walka z kosmitami w futurystycznym pancerzu nadal wywołuje u mnie radość dzieciaka wychowanego na Power Rangers. Problem w tym, że mam absolutny antytalent do platformówek i strzelanek, a właśnie na tym opiera się rdzeń Metroida. Mimo to uparcie pielęgnuję tę dziwną miłość, dając szansę kolejnym odsłonom. Jak wypadła najnowsza? Cóż… to skomplikowane.
Metroid Prime 4: Beyond zaczyna się klasycznie. Samus trafia na kolejną planetę, by eksplorować, odkrywać tajemnice i strzelać. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Strzelanie jest kluczowym elementem interakcji ze światem — nawet drzwi otwieramy wystrzałem — więc spodziewałbyś się dopracowanej mechaniki. A jednak nie. Strzały nie dają poczucia siły ognia, a samo strzelanie szybko staje się monotonne. Możemy ulepszać broń i arsenał, lecz w praktyce sprowadza się to do ciągłego mashowania triggera. Zero satysfakcji, zero dynamiki.
Zobacz również: Poradnik Prezentowy 2025 – jakie popkulturowe prezenty sprawić bliskim pod choinkę?

Na szczęście nowy system mocy psychicznych wypada lepiej. Tajemniczy kryształ odblokowuje umiejętności, które realnie zmieniają sposób poruszania się po świecie. Najciekawsza jest wiązka energii pozwalająca przemieszczać się w wyjątkowo satysfakcjonujący sposób — huśtanie się, omijanie przeszkód czy rozwiązywanie zagadek daje masę frajdy i działa odprężająco. Wizjer psychiczny umożliwia dodatkowe interakcje z otoczeniem, a nowe gadżety, jak motocykl czy Vi-O-La Suit, wprowadzają świeżość. Nie zdradzę jednak więcej — chciałbym, by potencjalni gracze odkryli je sami.
Segmenty z Morph Ball to klasyka Metroida i nadal działają świetnie. Toczenie się przez plansze, zwłaszcza w połączeniu z nowymi mocami, potrafi wywołać prawdziwy uśmiech. Do tego momentu można by uznać Beyond za porządną, solidną grę. Jednak to pozory. Pod piękną warstwą nostalgii kryje się tytuł spóźniony o co najmniej jedną generację. Technicznie działa poprawnie, trzyma stabilne 60 klatek, ale czuć ograniczenia pierwszego Switcha, a warto zaznaczyć, że grałem na dwójce. To kolejna gra cross-gen i wyraźnie ją to hamuje. Lokacje są liniowe, a okazjonalne segmenty pół-otwartego świata nie wystarczają, by zwalczyć wrażenie ogólnej nudy — wręcz irytują, pokazując, ile moglibyśmy dostać, gdyby gra powstała już tylko na nowszy sprzęt.
Zobacz również: Pokémon Legends Z-A – recenzja gry. Przeciętnie od A do Z

Grafika jest akceptowalna, zwłaszcza w trybie przenośnym, lecz daleko jej do wizualnych wodotrysków. Spełnia absolutne minimum, jakiego można oczekiwać od tytułu wydanego w tym roku. Jest poprawnie, ale nic więcej. To gra zachowawcza, z widocznymi cięciami, by starszy sprzęt dał sobie radę.
Fabuła nigdy nie stanowiła serca tego gatunku — potrzebny był jedynie sensowny pretekst, by wcisnąć się w kombinezon i ruszyć przed siebie. Beyond pozytywnie zaskakuje w tym aspekcie. Samus nadal nie pokazuje charakteru, co jest typowym zabiegiem, ale członkowie Federacji Galaktycznej wypadają zaskakująco sympatycznie. Pomimo ograniczonych interakcji wydają się autentycznie zaangażowani w swoją misję. Złapałem się nawet na myśli, że chętnie zobaczyłbym osobny live novel o ich codzienności — rozmowy przy kartach, śpiewanie przy ognisku, zwykłe chwile między kolejnymi starciami z kosmitami. Niestety historia rdzennych mieszkańców planety, którą mieliśmy ratować, interesowała mnie dużo mniej, a to raczej nie powinno się zdarzyć.
Zobacz również: Pięć koszmarnych nocy 2 – recenzja filmu. Kłopoty chodzą parami
Podsumowując, Metroid Prime 4: Beyond to tytuł, który wiele obiecywał, a dał absolutne minimum. Trailery sugerowały epicką przygodę w nowej jakości, a otrzymaliśmy generyczną Metroidvanię spóźnioną o kilka lat. Początkowy zachwyt szybko opada, a później zostaje tylko poprawny produkt, o którym szybko zapomnimy. Gra ma swoje momenty, potrafi bawić i zaciekawić nowymi mechanikami, ale strzelanka bez satysfakcjonującego strzelania to nieporozumienie. Być może wieloletni fani cyklu dostrzegą tu niedocenioną perełkę. Ja jednak mówię za siebie — z dużej chmury mały deszcz.
Fot. główna. Nintendo.com

