Zdobycie szczytu Mount Everest jest marzeniem wielu pasjonatów gór. Historie himalaistów, którzy ryzykują życie, aby wspiąć się na szczyt, są niesamowicie medialne i tworzą ze wspinaczy bohaterów. Tymczasem warto spojrzeć na temat z innej perspektywy.
Ciemna strona Mount Everest to nietypowy dokument o himalaizmie. Nie doświadczymy tutaj opowieści o drodze ku spełnieniu marzeń. Reżyser Jereme Watt zdecydował się na ukazanie tej mniej znanej części wypraw na szczyt. Bohaterem filmu jest bowiem Mingma Tsiri Sherpa. Od lat wielokrotnie zdobywał Mount Everest, pomagając himalaistom w osiągnięciu ich celu. Dla Szerpów najwyższy szczyt świata nazywany jest Czomolungma, czyli Bogini Matka Ziemia. Mężczyzna postanawia odbyć ostatnią podróż, aby oczyścić górę z ciał, które pozostały na górze.
Zobacz również: Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa – recenzja filmu. Kobieta, która wyprzedziła swoje czasy
Zdecydowanie najciekawszym elementem produkcji jest przedstawienie zdobycia Mount Everestu z zupełnie innej strony. Szerpowie, w ciągu swojego życia, pojawiają się na szczycie wielokrotnie, ale jest dla nich zupełnie inne doświadczenie. Przede wszystkich to bardzo uduchowiona podróż. Nepalczycy podchodzą do wyprawy z szacunkiem, z wieloma rytuałami, które mają na celu udobruchanie Bogini Matki Ziemi. Bez ich pomocy, czyli przygotowania i zabezpieczenia tras, nikt tak naprawdę nie zdobyłby najwyższego szczytu świata. Pomimo swojego ogromnego wkładu, Szerpowie pozostają w cieniu, z dala od mediów, chwały i sławy.
Dla mnie, osobiście, najbardziej poruszający był moment, w którym zacytowano większość himalaistów: jeżeli zginę na górze, zostawcie mnie tam. Szlachetne zdanie traci na swojej wartości, kiedy Mingma zaznacza, że pozostawione ciała zanieczyszczają górę, a co za tym idzie Bogini Matka Ziemia jest niezadowolona. Oczywiście zdaję sobie sprawę ile wysiłku należy włożyć, aby znieść martwych na dół. Ten proces również został pokazany w Ciemnej stronie Mount Everest, gdzie bohaterowie mierzą się z ryzykownym ściąganiem ciał. Nie zawsze też okazuje się to możliwe.
Ciemna strona Mount Everest to nie tylko intymna opowieść Mingmy, ale również przepiękne zdjęcia, za które odpowiada Kyle Sandilands. Himalaje oczarowują. Są majestatyczne, potężne, dzikie i zarazem delikatne. Naturalne piękno gór wybrzmiewa w każdym kadrze. Właśnie w takich ujęciach dostrzega się jak wspaniałe miejsca istnieją na świecie. Mnie te krajobrazy również skłoniły to do refleksji, że powinny one pozostać same sobie. Bez turystów, których na Mount Evereście przybywa z każdym kolejnym rokiem, trwające w swoim tempie i w zgodzie z wszelakimi bóstwami.
Zobacz również: Listy z Wilczej – recenzja filmu. List miłosny do Polski

Turystyka związana z himalaizmem została delikatnie poruszona w produkcji. Ogromnym problemem stało się to, że teraz na taką wyprawę (przy odpowiednich nakładach finansowych) może wybrać się właściwie każdy. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo wspinaczy spada na Szerpów, a kolejki, tworzące się przy szczycie, są naprawdę niebezpieczne. Mingma podkreśla, że każde zatrzymanie się na dłużej w tak zwanej „strefie śmierci” powyżej 8000 m n.p.m. może doprowadzić do tragedii. Jednak nie to jest tematem filmu.
Ciemna strona Mount Everest to ciekawe spojrzenie na zdobywanie najwyższego szczytu świata. Osobiście wiedziałam, że Szerpowie pomagają himalaistom, ale nie spodziewałam się, że tak naprawdę przejmują całą odpowiedzialność za wyprawy. Oddanie oraz cześć i szacunek, które kierują ku górze są również godne podziwu. Niestety, obawiam się również, że produkcja zamiast być przestrogą, może zachęcić kolejnych mało doświadczonych śmiałków do wypraw na Mount Everest…
Fot. główna: kadr z filmu Ciemna strona Mount Everest

