Miniserial Ołowiane dzieci podbił serca wielu Polaków. Historia o lekarce ratującej śląskie dzieci przed trującą Hutą to wciągająca i poruszająca opowieść. Mimo tego wiele elementów serialu nie zostało należycie dopracowanych.
Za reżyserię serialu Ołowiane dzieci odpowiada Maciej Pieprzyca (Idź przodem, bracie; Kruk), a scenariusz napisał Jakub Korolczuk (Niebo. Rok w piekle). Fabuła skupia się na historii młodej lekarki, Jolanty Wadowskiej-Król, która odkrywa zatrucie metalami ciężkimi u dzieci lokalnej społeczności. Bohaterka stawia czoła opresyjnemu, komunistycznemu aparatowi państwowemu oraz nieprzekonanym do tez lekarki mieszkańcom okolic Huty Szopienice. Próby ratunku chorych dzieci zaczynają znacznie wpływać na jej rodzinę i prywatne życie. Serial przenosi widzów do industrialnego klimatu Górnego Śląska lat 70. Właśnie tam zaczynają splatać się niebezpieczna polityka, społeczna misja dr Wadowskiej-Król oraz śląska kultura.
Zobacz również: The Artful Dodger – recenzja 2. sezonu
Niedoskonały — to najlepsze słowo, aby opisać ten serial. Szczególnie na początek należy pochwalić konsekwencję twórców w kreowaniu świata przedstawionego i całego scenariusza. Klimatem Ołowiane dzieci nawet na chwilę nie odpływają od brzegu, a finałowy odcinek udowadnia, że wszelkie wątki były od początku przemyślane. Problem pojawia się natomiast przy samym ich budowaniu. Do czwartego odcinka serial wydawał się na siłę wydłużany, co z kolei przełożyło się na tragicznie wolne tempo opowiadania. Wiele razy obserwujemy główną bohaterkę, która stara się przekonywać mieszkańców okolic Huty do szkodliwego działania zakładu. Ta powtarzalność staje się domeną nie tylko w fabule, ale również w samych dialogach, do czego jeszcze wrócę. Główny wątek całej historii został okropnie niedopracowany w drugim akcie, stąd bardzo łatwo zniechęcić się do dalszego śledzenia losów lekarki.
A te śledzić warto, gdyż już czwarty odcinek przynosi kilka drastycznych zaskoczeń, które znacznie przyciągają uwagę. Choć dramatyzmu w niektórych sekwencjach brakuje, serial rozkręca się i oferuje mnóstwo genialnych plot twistów.
Zobacz również: Popkulturowy przegląd miesiąca – najciekawsze premiery lutego

Na ratunek głównemu wątkowi przychodzą jednak wątki poboczne, których rozwój jest o wiele przyjemniejszy. Zdecydowanym zwycięzcą jest temat ciągłych manipulacji urzędników państwowych na czele z Hubertem Niedzielą. Michał Żurawski w roli UB-eka wypadł genialnie, a relacja zbudowana między jego postacią a Wadowską-Król jest niezwykle dynamiczna i porywająca. Również fantastycznie swoją rolę odegrała Agata Kulesza jako prof. Krystyna Berger i Marian Dziędziel jako Jerzy Ziętek. Jestem także pod wrażeniem aktorstwa Zbigniewa Zamachowskiego w roli Zdzisława Grudzienia, który na początku nie przekonywał mnie swoim dość komediowym sposobem podawania dialogów. Ostatecznie jednak okazał się jedną z najbardziej charakterystycznych postaci całego serialu.
Ponadto twórcy świetnie poradzili sobie z rodzinnymi i prywatnymi problemami doktorki. Mąż i dzieci Wadowskiej-Król stają się świetnym punktem odniesienia wobec wpływu działań lekarki przeciwko komunistycznej polityce. Widać przy tym pewne inspiracje serialem Czarnobyl. Główną bohaterkę, tak samo jak Walerija Legasowa, dopada konsekwencja działań na skażonym terenie. I ten wątek świetnie oddziałuje na dramatyzm społecznej misji Wadowskiej-Król.
Zobacz również: Fallout – recenzja 2. sezonu. Witajcie w New Vegas
Kontrastem do tego wszystkiego jest relacja „zwariowanej doktorki” z Wiesławą Wilczek (Kinga Preis) i innymi współpracownicami z przychodni. Ten element wprowadził niepotrzebnie do serialu pewien telewizyjny, może nawet paradokumentalny dryg. Scenariusz serialu niestety dość często zahaczał o tego typu pretensjonalny dramatyzm, lecz sceny z Wiesławą Wilczek były tego kwintesencją. Postać ta była zbyt przerysowana i – prawdę mówiąc – zbędna dla fabuły.
Obok złych decyzji scenariuszowych stoją także dialogi. Wspomniałem już o występującej w nich nadmiernej redundancji. Dobrze zilustruje to ten przykład. Mieszkańcy okolic Huty Szopienice nazywają główną bohaterkę „zwariowaną doktorką”, obgadują ją i są jej bardzo nieprzychylni. Wadowska-Król jest tego świadoma i powtarza tę informację, co najmniej kilka razy na odcinek. Co więcej, dialogi w Ołowianych dzieciach często starają się tłumaczyć i przypominać fabułę. Prowadzi to do ich sztuczności i odbiera jakiejkolwiek emocjonalności bohaterom.
Z drugiej jednak strony należy pochwalić Korolczuka za przemyślane i funkcjonalne wykorzystanie gwary śląskiej. Nie tylko tworzy tym wyśmienitą atmosferę, ale również dodaje serialowi świeżości.
Zobacz również: Wichrowe wzgórza – recenzja filmu. To skomplikowane

Problem pojawia się także w odegraniu dialogów szczególnie w przypadku Joanny Kulig. Choć wielu chwali aktorkę za grę, mnie praktycznie w ogóle nie przekonała. Jolanta Wadowska-Król w jej wykonaniu była zbyt przerysowana tak samo, jak postać Wiesławy Wilczek. Kulig przykładowo krzycząca „Tu chodzi o wasze dzieci” niebezpiecznie zbliża się do aktorstwa Gal Gadot — sztywne i pozbawione duszy. Na całe szczęście o wiele lepiej wychodzi jej gra emocjami na twarzy. Gdyby nie przeciętnie napisane i nadmiernie używane teksty, mogłaby wypaść o wiele lepiej.
Choć muszę przyznać, że Joanna Kulig poradziła sobie w samym wykreowaniu charakteru bohaterki i ostatecznie nawet przywiązałem się do tej postaci. W ostatecznym rozrachunku wspomniane niedoskonałości udaje się przykryć wyrazistym temperamentem i zadziornością Wadowskiej-Król. A w wyjątkowych i wyróżniających się kreacjach aktorskich Ołowiane dzieci poradziły sobie właśnie najlepiej.
Zobacz również: Najbardziej wyczekiwane premiery seriali 2026
Na sam koniec warto również wspomnieć o zdjęciach, za które odpowiadał Witold Płóciennik oraz muzyce stworzonej przez Antonia Łazarkiewicza i Mary Komasę. Nie przypadła mi do gustu kolorystyka całego serialu. Choć same ujęcia są naprawdę kreatywne i cieszą oko, szary i wyblakły color grading czasem odbiera przyjemności z ich oglądania. W niektórych momentach rzeczywiście tego typu paleta barw pasuje i urozmaica klimat. Niemniej, gdy oglądamy sceny w pełnym słońcu z bogatym w roślinność krajobrazem, obraz sprawia wrażenie sztucznie skorygowanego do szarości.
Muzyka oryginalna natomiast wpada w ucho i całkiem dobrze buduje dramatyzm historii. Genialnie wykorzystano także utwory z czasów PRL-u, które wzmacniają autentyczność produkcji. Tutaj również warto dołączyć wyreżyserowane fragmenty telewizyjnych programów informacyjnych. Słynny lektor opowiadający o zasługach PZPR, przyjaźni polsko-radzieckiej i robotnikach jeszcze mocniej wprowadzały w klimat każdego odcinka.
Zobacz również: Wielka mała koza – recenzja filmu. Gdyby kózka nie skakała…

Serial Ołowiane dzieci nazywany jest „polskim Czarnobylem„, jednak wiele mu brakuje na to miano. Maciej Pieprzyca poradził sobie z całą historią dość przeciętnie, choć na polskie standardy udało się stworzyć coś mimo wszystko wyjątkowego. Największym atutem produkcji są kreacje aktorskie i fabuła sama w sobie. Choć te nie są idealne, to angażują widza wątkami pobocznymi i dają przestrzeń na utożsamienie się z bohaterami. Relacje między postaciami są hipnotyzujące, a klimat Górnego Śląska lat 70. jest zbudowany fenomenalnie. Sporymi wadami są jednak mało subtelne dialogi, niedopracowane zdjęcia czy na siłę wydłużane i sztucznie wypełniane odcinki. Ponadto dominująca powtarzalność informacji jest męcząca i czasem nie pozwala wystarczająco poczuć warstwę emocjonalną opowieści.
Zdecydowanie warto produkcję zobaczyć, choć ostrzegam, że pierwsza jej połowa może odrzucać. Mimo wszystko jest to serial ciekawy, a jego zakończenie to rollercoaster emocjonalny, który usatysfakcjonuje każdego.
fot. główna: kadr z serialu
