Reanimal – recenzja gry. Klimat ponad jump scare’y

Reanimal to nowa produkcja od twórców cenionego Little Nightmares i widać to od pierwszych minut. Obie gry łączy niepokojący, tajemniczy i lekko klaustrofobiczny klimat. Nie chodzi o wielkość lokacji, lecz o ciągłe poczucie bycia w pułapce. Przez całą rozgrywkę towarzyszyło mi zaniepokojenie. Nawet w chwilach względnego spokoju miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Tarsier Studios doskonale wie, jak budować atmosferę minimalnymi środkami. Tu nie potrzeba długich dialogów ani dosłowności. Wystarczy światło, cień i dźwięk, by gracz czuł się nieswojo.

O fabule trudno powiedzieć coś konkretnego. Jak przystało na dobry horror psychologiczny, świat pozostaje tajemnicą, a jego fragmenty odkrywamy bardzo oszczędnie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo Reanimal najlepiej przeżyć samemu. Ograniczę się do krótkiego wprowadzenia. Gra nie oferuje klasycznego prologu. Bez ostrzeżenia wrzuca nas w sam środek wydarzeń, dosłownie na otwarte morze. Jako zamaskowany chłopiec sterujemy łodzią i podążamy za światłem. Po drodze wyławiamy z wody dziewczynkę, która zdaje się nas znać. Razem docieramy na tajemniczą wyspę.

Zobacz również: Tatuaże i krew – recenzja książki

Reanimal
Fot. Kadr z gry

Na wyspie znajduje się ogromny kompleks przypominający opuszczoną fabrykę. Prawdopodobnie to miejsce zamieszkania naszych bohaterów i innych podobnych im dzieci. Trudno jednak nazwać je bezpiecznym schronieniem. Wszystko jest zniszczone, a jeden nieostrożny krok może kosztować życie. Gra nie prowadzi za rękę. Nie ma mapy ani znaczników. Właściwą drogę trzeba znaleźć samemu, opierając się na spostrzegawczości i intuicji. To rozwiązanie świetnie wpisuje się w klimat. Czujemy się zagubieni i właśnie o to chodzi.

Spore wyzwanie stanowią zagadki środowiskowe. Gdy drzwi są zamknięte, trzeba poszukać innej drogi lub klucza. To standard. Wiele łamigłówek wykracza jednak poza schemat. Rozwiązania bywają nieoczywiste i wymagają uważnej obserwacji otoczenia. Czasem trzeba połączyć kilka elementów, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą związku. Dzięki temu zagadki nie wybijają z imersji, lecz ją pogłębiają. Pasują do świata przedstawionego i podkreślają jego dziwność.

To horror, więc kluczowa jest straszność. Reanimal nie zawodzi. Zamiast dynamicznej akcji i groteskowych scen twórcy postawili na powolne budowanie napięcia. Potwory pojawiają się jakby mimochodem. Widzimy je kątem oka i rzadko wchodzą w bezpośrednią interakcję. Gdy już do niej dochodzi, efekt jest znacznie silniejszy. Dla mnie to najlepsze podejście do horroru. Mam dość produkcji opartych wyłącznie na tanich jump scare’ach i hektolitrach krwi. Tutaj strach wynika z atmosfery, a nie z nagłego krzyku w słuchawkach. Cieszy mnie, że w tym gatunku wciąż powstają ambitniejsze projekty.

Zobacz również: Fallout – recenzja 2. sezonu. Witajcie w New Vegas

Reanimal
Fot. Kadr z gry

Na osobne wyróżnienie zasługuje warstwa dźwiękowa. Muzyka jest minimalistyczna i subtelna, a w tym tkwi jej siła. Idealnie współgra z lokacjami i wydarzeniami. Nie dominuje, lecz staje się naturalnym elementem świata. To jak spacer po lesie. Zwykle ignorujemy jego odgłosy, dopóki nie zaczniemy się w nie wsłuchiwać. Wtedy dostrzegamy, jak bardzo budują atmosferę. W Reanimal działa to podobnie. Dźwięk nie narzuca się, a mimo to stale podtrzymuje napięcie.

Dużym pozytywnym zaskoczeniem była dostępność polskiego języka. Nie chodzi tylko o napisy czy interfejs, lecz także o udźwiękowienie. Postaci odzywają się rzadko, ale usłyszenie ich w rodzimym języku było miłym akcentem. Szczególnie że grałem w wersję na Nintendo Switch 2. Tego typu lokalizacja wciąż nie jest standardem, dlatego warto to docenić.

Niestety nie wszystko działa idealnie. Sterowanie wydało mi się momentami oporne i mało responsywne. Zdarzało się, że musiałem kilkukrotnie nacisnąć przycisk, zanim postać wykonała akcję. Bywało to irytujące, choć nie uniemożliwiało rozgrywki. Liczę, że problem zostanie poprawiony aktualizacją. Podobne trudności pojawiły się podczas współpracy z towarzyszką podróży. Gra oferuje tryb solo i kooperację. W duecie każdy gracz kontroluje jedną postać, co wymaga dobrej komunikacji. Gdy gramy sami, kontrolę nad dziewczynką przejmuje sztuczna inteligencja. Niestety nie zawsze reaguje ona odpowiednio. Czasem wykonuje polecenia z opóźnieniem albo wcale. Były momenty, gdy nie wiedziałem, czy to błąd skryptu, czy celowe ograniczenie.

Zobacz również: Red Bow: Strange Dream – recenzja gry. Czy to był sen?

Reanimal
Fot. Kadr z gry

Drugi minus wynika bardziej z moich oczekiwań niż z realnej wady gry. Chodzi o maski, element mocno widoczny w materiałach promocyjnych. Spodziewałem się, że będą częścią istotnej mechaniki, na wzór The Legend of Zelda: Majora’s Mask. Tymczasem pełnią funkcję czysto kosmetyczną i kolekcjonerską. To ciekawy detal wizualny, ale liczyłem na coś więcej.

Podsumowując, Reanimal to tytuł zdecydowanie warty uwagi, szczególnie dla graczy ceniących klimat i nieszablonowe podejście do horroru. Mimo kilku technicznych niedociągnięć gra broni się atmosferą, pomysłem i świetną ścieżką dźwiękową. Dla mnie to najlepszy horror, w jaki grałem od dawna. Zdecydowanie polecam.


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z firmą Plaion. Dziękujemy!
Fot. główna. PlayStation Store

Plusy

  • Niepokojący klimat
  • Świetna oprawa muzyczna
  • Polska lokalizacja

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Momentami oporne sterowanie
  • Ciężka współpraca z NPC
Kacper Kołacz

Czytam dużo, nawet sam coś piszę, ale mniej. Gram tyle, na ile ręka pozwoli. Znajomość ze mną grozi wysłuchiwaniem długich monologów o fantasy, komiksach i japońskich serialach o super bohaterach. Mam też parę zalet.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze