Resident Evil Requiem – recenzja gry. Czy to najlepsza część serii?

Klasyczny Resident Evil z 1996 roku urzekał ciężkim klimatem. W grze staraliśmy się powstrzymać apokalipsę zombie, rozwiązując od czasu do czasu prostą łamigłówkę oraz zarządzając ekwipunkiem. Wszystko to okraszone było statycznymi kamerami. Na przestrzeni lat seria ta spolaryzowała jednak fanów, bowiem zaczęto bawić się konwencją oraz iść z nurtem innych survival horrorów. Tak oto w Resident Evil 4 otrzymaliśmy kamerę zza pleców bohatera oraz akcję stawianą ponad klimat zaszczucia i strachu. W Resident Evil VII z kolei próbowano wrócić do korzeni serii, zmieniając przy tym mechanikę rozgrywki o 180 stopni, a kamerę na widok FPP. I choć w każdej wspomnianej wyżej grze znajdę mnóstwo pozytywów, to najnowsza produkcja studia CAPCOM, a więc Resident Evil Requiem, jest dla mnie jedną z najlepszych części w całej serii.

Skąd bierze się mój zachwyt? Już tłumaczę – Resident Evil Requiem bierze to, co najlepsze z klasycznych części, dodając przy tym elementy, za które gracze pokochali remake 2, 3 i 4. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Chcesz poczuć się niczym w Outlast i przemykać za plecami wrogów, czując ciągłe napięcie? Tutaj to dostaniesz. Chcesz postrzelać do zombie, nie zważając na nic innego i przeć przed siebie, zostawiając za sobą krwawe plamy? To też tutaj znajdziesz.

Zobacz również: Styx: Blades of Greed – recenzja gry. Jeszcze więcej kwarcu

Ale po kolei. Kampania fabularna w Resident Evil Requiem daje nam możliwość wcielenia się w dwoje bohaterów – Leona S. Kennedy’ego, którego chyba nie muszę przedstawiać, oraz Grace, nową twarz w serii. Jest to młoda analityczka FBI, córka Alyssy Ashcroft, dziennikarki znanej z Resident Evil Outbreak. Nie chcę za dużo zdradzać, więc napiszę tylko, iż splot różnych wydarzeń sprawi, że nasi bohaterowie znajdą się na tropie tej samej konspiracji, która sięga czasów pierwszych Residentów. I choć fabuła nigdy nie była najmocniejszą stroną tej serii, w Requiem wciąga ona bez reszty – przy czym najbardziej docenią ją zagorzali fani produkcji.

Fot. materiały promocyjne (CAPCOM)

Zapytacie – dlaczego? Jest tutaj masa nawiązań do poprzednich części i osoby niezaznajomione z tym uniwersum nie wyłapią mnóstwa smaczków. Powiem więcej – osoby, które dopiero raczkują w tym świecie, mogą się poczuć tutaj zagubieni, gdyż podłoże fabularne opiera się na historii z klasyków. Ja jednak jestem tym szczęśliwcem, który ograł praktycznie wszystkie Residenty poza spin-offami. Na każdym kroku, szczególnie grając Leonem, podskakiwałem na krześle, gdy zauważałem liczne mrugnięcia okiem do fanów. Dzięki temu otrzymujemy możliwość eksploracji znanych nam lokacji, a także przypomnienia sobie o starych „znajomych” czy też klasycznych mechanikach, takich jak ograniczone miejsce w ekwipunku oraz zapisywanie gry tuszem przy maszynach do pisania.

Zobacz również: Rayman 30th Anniversary Edition – recenzja gry. Jeszcze raz to samo

Przyznam szczerze, że po pierwszych zapowiedziach i trailerach nie piałem z zachwytu nad pomysłem połączenia dwóch skrajności – skradankowego podejścia do rozgrywki, pełnego mrocznego klimatu horroru (perspektywa Grace) oraz akcyjniaka, gdzie nie musimy liczyć każdego naboju i wbijamy do kolejnych pomieszczeń na pełnej (perspektywa Leona). Okazuje się jednak, że był to strzał w dziesiątkę i jest to największa zaleta Resident Evil Requiem. W grze przeskakujemy pomiędzy dwójką bohaterów, których sposoby rozgrywki są zupełnie różne i pięknie się one dopełniają – z jednym małym zgrzytem, o którym wspomnę pod koniec.

Fot. materiały promocyjne (CAPCOM)

Grając Grace, dostajemy do dyspozycji dwie bronie i ewentualnie nożyki do obrony. Nie uświadczymy tu żadnego cięższego arsenału. Musimy wyposażyć się w spryt i podchodzić taktycznie do każdej walki. Ba! Czasami bardziej opłaca się uciec lub przekraść za plecami zombie, aby nie stracić cennej amunicji. Perspektywa Grace przywodziła mi na myśl klasyczne Residenty, gdzie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wszechobecna ciemność potęgowała to napięcie i z bijącym sercem często gęsto wyglądałem zza rogów pomieszczeń, nie wiedząc, co się tam na mnie czai. Nie pomaga tutaj również ograniczone miejsce w ekwipunku – wielokrotnie będziemy wracać się do skrzynki, w której można zostawić rzeczy na później. Ta mechanika bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ czuć dzięki niej ducha klasycznego Residenta, w którym robiliśmy dokładnie to samo.

Zobacz również: Reanimal – recenzja gry. Klimat ponad jump scare’y

Grając Leonem, nie ma mowy o skradaniu się i kalkulowaniu, czy w ogóle opłaca się atakować. Tutaj nie bawimy się w subtelności, wręcz przeciwnie – atakujemy wszystko co, się rusza, przy pomocy całego arsenału broni – od zwykłego pistoletu, aż po strzelby, karabiny czy granaty. Perspektywa Leona wybacza więcej błędów, gdyż amunicji jest sporo oraz nie musimy się martwić o miejsce w ekwipunku. Mamy też mnóstwo bossów do ubicia, co jest zrozumiałe, gdyż Leon jest doświadczonym agentem i twórcy wszelkie spektakularne starcia przypisali właśnie jemu. Sterując Leonem, poczujemy się jak w Resident Evil 4 Remake, gdyż mechaniki są bardzo zbliżone.

Resident Evil: Requiem
Fot. materiały promocyjne (CAPCOM)

I tu pojawia się mój jedyny zarzut do całej gry. Jak już wspominałem, obie perspektywy wzajemnie się dopełniają. Miałem jednak wrażenie, że pierwsza połowa gry, gdzie Grace jest zdecydowanie więcej, bardziej przypadła mi do gustu. Klimat był wręcz nieziemski, godny klasyków, zaś Leon pojawiał się na krótkie fragmenty w celu dodania odrobiny ognia do rozgrywki. Druga część gry odwraca te proporcje i Leon gra główne skrzypce, zaś Grace znajduje się gdzieś w tle. Pomimo tego, że hordy zombiaków ubija się bardzo przyjemnie, to odczułem, że jest tego trochę zbyt wiele i klimat na tym traci. To, co było najmocniejszą rzeczą od początku gry, w dalszych etapach gdzieś się niestety rozmywa.

Zobacz również: Table Battle Simulator – recenzja gry (wczesny dostęp). Symulator sklepu w przebraniu

Finałowa walka z bossem też nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem. Może miałem zbyt duże oczekiwania – ale była po prostu za prosta i wtórna względem tego, co już mogliśmy zobaczyć w Residentach. Liczyłem na jakiś powiew świeżości w tym zakresie – chociaż trudno pewnie twórcom wymyślić coś nowego po tylu częściach. Tak czy inaczej, finałowa walka zostawiła mnie z poczuciem niedosytu.

Resident Evil: Requiem
Fot. materiały promocyjne (CAPCOM)

Graficznie Resident Evil Requiem mnie zachwycił. Liczne cutscenki są pięknie wyreżyserowane. Będę pamiętał jeszcze przez wiele miesięcy fragment ze zniszczonego Raccoon City oraz wielki krater w środku miasta. Lokacje wyglądają obłędnie, a powrót do miejsc znanych z klasyka jeszcze bardziej podnosi moją ocenę. Nie uświadczyłem przy tym żadnych bugów, a gra świateł i cieni to po prostu bajka.

Mechanicznie Resident Evil Requiem nie zaskakuje, chociaż pojawiają się nowe elementy, takie jak zbierak krwi. Grając Grace, dzięki zebranej krwi możemy tworzyć potrzebne nam przedmioty. Kolekcjonujemy też próbki, które poddane analizie odblokowują nam kolejne schematy do tworzenia przedmiotów. U Leona zdobywamy za to punkty za zabicie wrogów, które to wymieniamy w sklepie na przedmioty lub ulepszenia. W porównaniu do Resident Evil 4 Remake urozmaicony został system walki wręcz, który w Requiem jest całkiem przyjemny. Dostajemy też możliwość zmiany kamery z FPP na TPP lub na odwrót – co jest miłym zabiegiem ze strony twórców. Dzięki temu każdy będzie miał możliwość przejść grę tak, jak mu wygodnie.

Zobacz również: Monster Lab Simulator – recenzja gry (wczesny dostęp). Fabryka stworków w twojej piwnicy

Scenariuszowo jest bardzo dobrze jak na standardy Residenta. Oczywiście musimy traktować z przymrużeniem oka niektóre głupotki. Koniec końców jednak fabuła jest naprawdę solidna, a do tego dostajemy masę nawiązań do poprzedniczek, co powoduje dużą nostalgię. Po pierwszych minutach spędzonych z grą nie byłem przekonany do naszej głównej bohaterki. Z czasem na szczęście się to zmieniło i naprawdę ją polubiłem. Jej motywacja do rozwikłania tajemnicy jest główną osią napędową gry – a gdy dowiadujemy się, po co Leon znalazł się w środku całej tej intrygi, to już jesteśmy wsiąknięci w fabułę na maksa.

Resident Evil: Requiem
Fot. materiały promocyjne (CAPCOM)

Reasumując, Resident Evil Requiem to jedna z najlepszych części w serii. Nie łudzę się i wiem, że nigdy nie wrócimy już do statycznych kamer, co było dla mnie istotą survival horrorów. Dostajemy tu jednak grę, która łączy w sobie wszystko, co najlepsze w Residentach – klasyczne podejście do rozgrywki, klimat zaszczucia i niepokoju oraz mnóstwo akcji. Nie mogę się już doczekać zapowiedzianego na 2027 rok Resident Evil: Code Veronica Remake, bo najwyraźniej CAPCOM jest w niesamowitej formie.


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z firmą Cenega. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne (CAPCOM)

Plusy

  • Znakomite zaimplementowanie klasycznych rozwiązań do rozgrywki
  • Dwie perspektywy rozgrywki, które świetnie ze sobą współgrają
  • Oprawa audiowizualna

Ocena

9 / 10

Minusy

  • W drugiej połowie gry ulatuje gdzieś klimat
Mariusz Maciejewski

Rozdarty między grami komputerowymi a planszowymi… Chciałby ograć każdy tytuł i wyrobić sobie o nim zdanie, ale brakuje czasu… Fan serii Tomb Raider. W wolnym czasie czyta książki, ogląda seriale i gra w siatkówkę.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze