O serialu Gorąca rywalizacja słyszeli już chyba wszyscy. W Polsce trafił na platformę HBO Max z niemałym poślizgiem. Mimo wszystko z pewnością dalej rozgrzał niejedno serce.
Historia w serialu Gorąca rywalizacja jest oparta na powieści Rachel Reid o tym samym tytule. Za reżyserię i scenariusz odpowiada Jacob Tierney. Fabuła dotyczy rywalizacji dwóch graczy hokeja, między którymi nawiązuje się chemia, prowadząca do sekretnego romansu. Jednak sytuacja szybko przeradza się w miłosną podróż pełną zwrotów akcji i ciągłego odkrywania siebie na nowo. Główni bohaterowie, Shane i Ilya, muszą zdecydować, czy w brutalnym świecie sportu jest miejsce na coś takiego, jak prawdziwa miłość.
Zobacz również: Doda – recenzja serialu. Dwie bajki

Fenomen Gorącej rywalizacji nie skrywa się pod grubymi warstwami historii. Wręcz przeciwnie, jest to opowieść bezpośrednia, intymna i stawiająca na piedestale relacje między bohaterami. Tym samym serial wyróżnia się na tle romantycznej klasyki opartej na symbolice jak Wichrowe wzgórza, czy tytułów stawiających na brutalność i kontrowersję, jak Pillion. Scenariusz nigdzie się nie spieszy — mamy czas dokładnie poznać Shane’a i Ilyę. Nie znaczy to, że odcinki są przepełnione ekspozycją. Tierney pozwala nam badać emocje i głęboką psychikę bohaterów, grając ujęciami, kolorami i ciszą. Co więcej, Tierney odważnie używa również erotyki, kiedy to pierwsze dwa odcinki to sceny pełne wzajemnego pożądania.
Domeną serialu jest nadzwyczajna autentyczność w każdym elemencie świata przedstawionego. Twórca pozbawia go słodyczy, dydaktycyzmu i usilnego tęczowego idealizmu, co znajdziemy m.in. w serialu Heartstopper. Historię o hokeistach osadza w realistycznym, dorosłym świecie, który bywa zarówno brutalny, jak i przyjazny. Nie traci przy tym młodzieżowego klimatu. Dialogi natomiast nie starają się na siłę nieść przekaz, są pełne wrażliwości i zawsze idealnie odzwierciedlają charaktery bohaterów.
Zobacz również: Młody Sherlock – recenzja serialu. Mało „Sherlockowy” ten Sherlock

Co więcej, Tierney nie zarzuca nas nadmiernymi wątkami pobocznymi, lecz skupia się na skomplikowanej relacji hokeistów. Ich prywatne problemy są natomiast bezpośrednio powiązane z głównym wątkiem. Rodzinne rewelacje Ilyi od razu rzucają światło na jego dystans w relacji z Shanem. Ten drugi próbuje za to odnaleźć prawdę o sobie, będąc w relacji pełnej sprzecznych sygnałów i niepewności. Te konteksty genialnie urozmaicają główne postacie. Nawet na chwilę serial nie traci spójności i tempa, a zakończenie sezonu tego idealnym dowodem. To emocjonalna bomba, ale bez zbędnych fajerwerków. Finał Gorącej rywalizacji jest zaskoczeniem, bo niesie doskonałe, uspokajające przesłanie z kategorii „udało się” i „wszystko będzie dobrze”, zamiast pozostawiać historię szeroko otwartą.
Nie ukrywam jednak, że w ostatnim odcinku i na przestrzeni całego serialu pojawiają się schematyczne momenty. Te są w rzeczy samej nieuniknione w historii o homoseksualnej miłości skupionej na uczuciach. Twórca na całe szczęście wykorzystuje je dość funkcjonalnie. Najlepszym przykładem jest odcinek zatytułowany Hunter, który wydaje się bliski do wątku Nicka Nelsona z Heartstoppera. Ostatecznie jednak okazuje się naprawdę wyjątkowy i równie autentyczny, co reszta historii.
Z tym epizodem mam jednak inny problem. Porzuca on całkowicie główną fabułę na rzecz pobocznego wątku realacji Huntera i Kipa. Choć ta jest urocza i również dobrze zrealizowana, to pojawia się na chwilę, aby potem zniknąć aż do przedostatniego odcinka. Założę się, że taka decyzja wynika z czasu akcji głównego wątku, gdyż ta dzieje się na przestrzeni kilku lat. Zdecydowanie wpłynęło to jednak na mój odbiór tej relacji, która wydawała się sztucznym tworem jedynie na potrzeby zbudowania odpowiedniej narracji.
Zobacz również: Bridgertonowie – recenzja 4. sezonu. Zagubiony we własnej dramie

Drugim najlepszym elementem Gorącej rywalizacji, zaraz po autentyczności, są Ilya i Shane. Już wspomniałem, jak wielowymiarowe są to postacie. Czym jest jednak bohater bez jego odtwórcy? Zarówno Hudson Williams, jak i Connor Storrie włożyli w swoją grę całe serce i pokazali ogrom umiejętności. Tu warto podkreślić, że Storrie do swojego rosyjskiego akcentu podszedł metodycznie i używał go na planie bez przerwy. Pominę już fakt, jak trudna dla aktorów jest realizacja scen intymnych. Jednakże chemia między tą dwójką to gwarancja humoru, zmysłowości, przywiązania i wzruszeń. Williams i Storrie hipnotyzują swoimi charakterami, są naturalni i bardzo wiarygodni.
Dlatego czasem irytował nadmiar scen, w których bohaterowie pisali do siebie SMS-y. Drugi odcinek rozpoczyna się dosłownie 7-minutową wstawką, w której patrzymy na Shane’a i Ilyę trzymających telefony. Choć to mankament, można było to zdecydowanie ograniczyć.
Temu wszystkiemu towarzyszyły adekwatnie zrealizowane dźwięk i obraz. Muzyka w serialu dość standardowo wykorzystuje pop do uwydatnienia romansu bądź innych miłosnych perturbacji. O trafnym doborze utworów świadczy rozgłos sceny, w której słyszymy kawałek All The Things She Said. Także zdjęcia, za które odpowiada Jackson Parrell, kolorystyką i doborem ujęć idealnie dopełniają warstwę emocjonalną każdej sceny.
Zobacz również: One Piece – recenzja 2. sezonu. Na wodach Grand Line

Serial Gorąca rywalizacja jest dość świeżym spojrzeniem na queerową relację. Największym jego atutem jest autentyczność, którą znajdziemy w dialogach, postaciach czy historii. Twórca nie boi się intymności i dorosłego akcentu, co tylko wzmaga wiarygodność głównych bohaterów. Williams i Storrie wydają się stworzeni do ról Shane’a i Ilyi. Twórcy serialu Jacobowi Tierneyowi nie wszystko wychodzi jednak idealnie. Wątek Kipa i Huntera nie został wystarczająco dobrze ugruntowany i w całej fabule najzwyczajniej znika. Tierney również przesadził ze scenami pisania SMS-ów, które nie pozwalają aktorom na wykazanie się swoimi umiejętnościami.
Już teraz zdecydowanie czekam na drugi sezon serialu. Serial Gorąca rywalizacja polecam każdemu, gdyż rzadko się zdarza, że fikcyjna historia bywa tak realistyczna.
fot. główna: kadr z serialu
