Julia Ducournau należy do reżyserek od których naprawdę dużo wymagam. Po niepokojącym Mięsie z 2016 roku oraz po, nagrodzonym Złotą Palmą w Cannes, rewelacyjnym Titane z 2021 roku, czekałam na jej najnowszy film z ogromnymi wypiekami na policzkach i rosnącym zniecierpliwieniem. Jak wypada najnowsza produkcja artystki?
Alpha to prosta opowieść, skupiona wokół kilku wątków. Z jednej strony mamy tutaj oczywistą metaforę epidemii AIDS. Społeczna panika wobec śmiercionośnego wirusa została tu bardzo trafnie oddana. W odróżnieniu od prawdziwego życia, tajemnicza choroba w filmie stopniowo przemienia zarażonych w marmur. Jest w tym coś poetyckiego, co zarazem stara się przeczyć śmierci w pojęciu brzydoty. Kruszec należy do jednego z tych piękniejszych, a przecież umieraniu daleko jest od wszelkiej estetyki. W całej tej marumurowej otoczce rozgrywają się losy głównych bohaterów. Dwunastoletnia Alpha (Mélissa Boros), odurzona alkoholem i prawdopodobnie innymi używkami, podczas imprezy pozwala zrobić sobie tatuaż. Przez niego jej życie odwróci się o 180 stopni.
Zobacz również: Titane to film ważny, ale też dziwny
Matka nastolatki (Golshifteh Farahani) jest lekarką i kiedy odkrywa tatuaż na ramieniu córki od razu pojawia się w jej głowie najczarniejszy scenariusz. Zabiera córkę na wszystkie niezbędne testy. W jej oczach Alpha już jest zarażona, a co za tym idzie ta obsesja przechodzi również na córkę. Na nic zda się negatywny wynik. Przecież testy mogą się mylić. Jednak zachowanie matki nie jest bezpodstawne. Już od czasów młodości mierzyła się z wirusem, którym zarażony był również jej brat Amin (Tahar Rahim). Mężczyzna był narkomanem i kobieta wielokrotnie ratowała mu życie. Nic więc dziwnego, że jej obawy względem córki mają mocne podłoże emocjonalne i tak naprawdę ciężko jest się jej dziwić.
Chociaż tytuł filmu – Alpha wskazuje na córkę, to moim zdaniem główną bohaterką produkcji Ducournau jest właśnie matka. Nie potrafiłam pozbyć się z głowy porównania jej perypetii do tego co przeżywała Linda z Kopnęłabym cię, gdybym mogła. W tym przypadku mamy tu jednak samotne macierzyństwo, problemy z dorastającą córką oraz bagaż trudnych doświadczeń z wiecznie naćpanym bratem. Dodajmy do tego przemęczenie związane z pracą, specyficzną relację z matką i otrzymujemy gotowy przepis na psychiczną katastrofę. W jednej z najbardziej intymnych scen, matka nakłuwa palce (swój i Alphy), po czym je łączy, mówiąc córce, że jeżeli jest chora, to i ona będzie. Wiele razy podczas seansu czekałam na moment, w którym kobieta wybuchnie, ale tak ostatecznie.
Julia Ducournau zdążyła przyzwyczaić nas do gęstych metafor w swoich filmach. Titane to produkcja wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, która szturmem podbiła festiwal filmowy w Cannes i była ogromnym powiewem świeżości w kinematografii. Wiele elementów było tam nieoczywistych, wymagając od widza dużego zaangażowania. W Alphie reżyserka poszła na duże skróty, a przedstawione metafory są bardzo oczywiste, aż wręcz łopatologiczne. Ciekawy pomysł na przemienianie ludzi w marmury jest wizualnie zgrabnym zabiegiem, ale w swojej symbolice jest dość toporny i przesadnie jasny. Co ciekawe, z jednej strony artystka nie szczędzi nam obrzydliwości na ekranie, jak chociażby w scenie robienia tatuażu, a z drugiej śmierć ulega tu estetyzacji aż do granic.
Zobacz również: Ostatnia sesja w Paryżu – recenzja filmu. Szewc w dziurawych butach chodzi

Zdecydowanie najciekawszym elementem Alphy jest przedstawienie relacji. W odróżnieniu od większości opinii w internecie nie chodzi mi tu jednak o matkę i córkę. Dla mnie dużo ciekawsza była zależność między bratem a siostrą. Konsekwencje tego, nie oszukujmy się, bądź co bądź, toksycznego związku, naznaczyły całe życie bohaterki, a finalnie wpłynęły również na to, jak postrzegała swoje dziecko. Nieprzepracowane traumy wracały do kobiety jak bumerang, co sprawiało, że powielała swoje błędy sprzed lat. Relacja Amina i Alphy również należy do tych ciekawszych, bowiem ta dwójka ma ze sobą niesamowicie wiele wspólnego, chociaż początkowo może się wydawać, że są zupełnie różni. Łączy ich również specyficzne zrozumienie, którego brakuje Alphie w relacji z matką. Warto zaznaczyć, że pod względem aktorskim film prezentuje się poprawnie, z wybitną rolą Tahara Rahima. Aktor hipnotyzuje na ekranie i kiedy tylko się na nim pojawia skupia na sobie całą uwagę.
Największym grzechem Alphy jest jednak fatalnie dopasowana muzyka. Patetyczne dźwięki całkowicie wybijają z rytmu, nie pasują do tego, co widzimy. Sprawiają wrażenie wymuszenia na widzu odpowiednich emocji, tak jakby sam obraz nie był w stanie się obronić. Ponadto jest za głośno i męcząco. W niektórych scenach z kolei dostawaliśmy dziwne muzyczne twory, które kojarzyły mi się z telenowelami. Ewidentnie coś tu poszło nie tak. Podczas studiów, na zajęciach z muzyki filmowej, usłyszam od wykładowacy, że najlepsza muzyka filmowa to taka, której nie słychać. Całkowicie się z tym zgadzam (chociaż temat zasługuje na osobny artykuł). W przypadku Alphy mamy tu ogromne przebodźcowanie, które nie ma nic na celu (w odróżnieniu od Titane!). Twórcy zafundowali nam jedynie ból głowy.
Toksyczność Alphy może odrzucać i przyznam szczerze, że dla mnie to najgorszy film w karierze Julii Ducournau. Jednak nie dajmy się zwariować. Artystka jest młoda i już udowodniła, że potrafi zaskoczyć, więc miejmy nadzieję, że jej kolejne projekty ponownie wgniotą nas w fotel.
Fot. główna: kadr z filmu Alpha
