Mroczni Rycerze ze stali: Wszechzima to opowieść, która zabiera czytelnika w skute lodem krainy, gdzie znani bohaterowie DC zmieniają się w nordyckich wojowników i rycerzy z odległych lądów. W tym morderczym świecie jedyną nadzieją okazuje się tajemniczy chłopiec, który, korzystając z pomocy Slade’a Wilsona, ma dotrzeć do miejsca, gdzie Wszechzima miała swój początek.
Fabuła jest zaskakująco prosta, ale akurat w tym przypadku działa to na korzyść całości. Otrzymujemy klasyczną historię drogi, gdzie wikiński Deathstroke pomaga tajemniczemu Alecowi dotrzeć do miejsca, w którym rozpoczęła się tytułowa Wszechzima. I choć konstrukcyjnie nie ma tu wielkich zwrotów akcji ani fabularnych rewolucji, komiks nadrabia tym, że dobrze prowadzi swoich bohaterów. To opowieść, która stawia przede wszystkim na atmosferę i relację między postaciami. Pomaga w tym powolne poznawanie historii bohaterów – czym się kierują i kim są w głębi serca.
Zobacz również: Daredevil. Tom 4 – recenzja komiksu. Zamieszanie w diablim świecie

Najlepiej wypada tutaj sam Slade. To właśnie jego wątek okazuje się emocjonalnym rdzeniem całej historii. Fajnie, że twórcy nie potraktowali go jedynie jako twardziela z mieczem, ale rzeczywiście skupili się na jego rodzinie i poczuciu winy. Ta podróż staje się dla niego czymś więcej niż eskortą przez śnieżne pustkowia, to droga ku odkupieniu. I trzeba przyznać, że finał tego wątku naprawdę działa. Kiedy Slade dociera do celu i odzyskuje rodzinę, całość nabiera niemal mitycznego wymiaru, jakby rzeczywiście dotarł do swojej własnej Valhalli. To chyba najmocniejszy element tego tomu.
Dialogi wypadają całkiem dobrze. Są naturalne, brzmią swobodnie i nie sprawiają wrażenia pisanych „na siłę”. Dzięki nim poznajemy historię bohaterów i ich motywacje bez poczucia, że komiks zatrzymuje się tylko po to, by coś wyłożyć czytelnikowi łopatologicznie. Nie ma tu może wielkich, pamiętnych kwestii, ale całość czyta się płynnie i bez zgrzytów.
Nie oznacza to jednak, że Mroczni Rycerze ze stali: Wszechzima jest komiksem wolnym od problemów. Największy z nich dotyczy samej logiki świata przedstawionego, a dokładniej tego, jak komiks traktuje przemoc i śmierć. Z jednej strony dostajemy brutalne, wikińskie realia. Z drugiej bardzo szybko okazuje się, że obowiązują one głównie bohaterów drugiego i trzeciego planu. Jeśli nie jesteś ważną postacią, to zginiesz normalnie. Jeśli jesteś kimś istotnym dla fabuły, możesz zostać nabity na ostre drzewo czy dostać toporem w plecy, a i tak będziesz w stanie dalej normalnie funkcjonować. Co więcej, często nawet nie widać realnych obrażeń. I właśnie to najmocniej wybija z rytmu. Trudno w pełni wejść w opowieść o brutalnym świecie, kiedy ten świat nagle zaczyna działać według bardzo wygodnych, komiksowych zasad.
Zobacz również: Tytani. Mroczna królowa. Tom 3 – recenzja komiksu

Dość dziwnie wypada też cameo Batmana. Owszem, fajnie go zobaczyć, bo zawsze jest to jakaś atrakcja dla fana tego uniwersum. Problem w tym, że jego obecność sprawia wrażenie trochę zbyt nachalnej. Pojawia się na chwilę i robi swoje, pomagając w walce, i to właściwie tyle. Nie jest to występ, który szczególnie wzbogaca historię. Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że ten tom spokojnie obroniłby się bez niego. Jego obecność wynika bardziej z potrzeby wrzucenia rozpoznawalnej twarzy niż z faktycznej potrzeby fabularnej.
Od strony artystycznej komiks wypada natomiast naprawdę świetnie. Największe wrażenie robi tutaj kolorystyka, a właściwie jej ograniczenie. Tytułowa Wszechzima trwa już od 21 lat, więc twórcy bardzo świadomie opierają całą warstwę wizualną na chłodnych szarościach i ogólnym poczuciu martwoty. I to działa znakomicie. Dzięki temu świat wydaje się nie tylko zimny, ale wręcz zatrzymany w czasie, jakby wszystko już dawno umarło. Na tym tle świetnie wypada motyw magii, przypisany niemal wyłącznie Alecowi. Dzięki temu każda scena z jego udziałem natychmiast przykuwa wzrok i podkreśla, że mamy do czynienia z kimś naprawdę wyjątkowym.
Zobacz również: Superman: Ostatnie dni Lexa Luthora – recenzja komiksu

Mroczni Rycerze ze stali: Wszechzima to komiks naprawdę dobry. Atmosfera końca świata, motyw drogi i osobista historia Slade’a Wilsona robią naprawdę niesamowitą robotę. Dodając do tego ciekawe podejście do kolorystyki powieści, ograniczając kolory do szarości, otrzymujemy tom, który wywiera naprawdę niezwykłe wrażenie. Z drugiej strony album potrafi irytować fabularnymi uproszczeniami oraz podejściem do przemocy. Mimo wszystko historia i cały świat nordyckiego DC to kraina, do której warto zajrzeć. To klimatyczna i wizualnie mocna opowieść, skierowana przede wszystkim do wielbicieli surowego fantasy i motywu odkupienia. To nie historia idealna, ale ma w sobie na tyle charakteru, by po lekturze zostało coś więcej niż tylko kilka ładnych kadrów.

Autorzy: Jay Kristoff, Tirso, Tom Taylor, Riccardo Federici
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont
Premiera: 11 lutego 2026 r.
Stron: 224
Cena katalogowa: 99,99 zł
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Egmont. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Egmont)
