Chronologia wody to reżyserski debiut Kristen Stewart, ale także adaptacja życiorysu o tym samym tytule, który opisuje traumatyczne doświadczenia Lidii Yuknavitch. Czy sposób na jej adaptację okazał się trafiony?
Lidia, młoda pływaczka wychowana w środowisku rozdartym przemocą i alkoholem, w wyniku uzależnienia traci stypendium sportowe. Pisanie pomaga jej pogodzić się z trudną przeszłością. Adaptacja autobiograficznego bestsellera Yuknavitch opowiada o podróży Lidii w poszukiwaniu własnego głosu, badając, w jaki sposób traumę można przekształcić w sztukę poprzez ponowne przejęcie kontroli nad własną historią.
Zobacz również: Mumia: Film Lee Cronina – recenzja filmu
Nie da się ukryć, że Chronologia wody to film z pomysłem na siebie. Swoim stylem narracji, montażu czy nawet gry aktorskiej produkcja wyróżnia się na tle innych o podobnej tematyce. Od pierwszych minut seansu sceny przeplatają się ze sobą w niechronologiczny sposób, a dźwięk pogłębia poczucie niepokoju. Twórcy dwoją się i troją. aby wykorzystać takie techniki pracy kamery i innych filmowych środków wyrazu, by oddać fragmentaryczność wspomnień bolesnych doświadczeń. Ciekawa jest sama kolorystyka, która utrzymana jest w ciepłych, nienasyconych barwach, co potęguje dyskomfort u widza
Zobacz również: Wpatrując się w słońce – recenzja filmu. Weltschmerz
Choć stylistyka jest pomysłowa i innowacyjna, w mojej opinii w ponad dwugodzinnej wersji ma więcej wad niż zalet. Głównym problemem jest fakt, że szybko staje się męcząca. Oczywiście w pewnym stopniu taki był jej cel, jednak to właśnie przez to seans jest dużo cięższy w odbiorze. Mam także wrażenie, jakby Kristen Stewart skupiła całą swoją uwagę na konwencji tego filmu, a nie na faktycznej treści. Historia jest podzielona na pięć rozdziałów, które po seansie trudno od siebie odróżnić. Bohaterkę spotykają coraz to bardziej dramatyczne przeżycia, a nadal nie widzimy w niej złożonej postaci, a jedynie ofiarę. O ile głównej bohaterce trudno nie współczuć, trudno ją jest też zrozumieć na głębszym poziomie lub polubić. Historia ukazuje ją niemal wyłącznie przez pryzmat spotykających ją tragedii.

Produkcja ma nihilistyczny wydźwięk, nie licząc drugiego rozdziału oraz zakończenia, dających jakąkolwiek nadzieję. Fragment, w którym bohaterka udaje się na wakacyjny obóz dla młodych pisarzy, jest najciekawszą i najbardziej kompleksową częścią opowieści. Wiele scen jest nużących lub przypomina teledysk romantyzujący traumę bohaterki, co przy tak poważnym temacie wydaje się nieodpowiednie. Dodatkowo zdecydowano się na mnóstwo obrzydliwych scen, które nic specjalnie nie dodają i dałoby się ich uniknąć.
Biorąc pod uwagę, jak mało skomplikowana jest historia, trudno nie uznać tego filmu za eksperyment, gdzie forma i szokowanie odbiorcy jest zdecydowanie ważniejsze od treści i prawdziwych emocji. Chronologia wody nie jest artystycznym fiaskiem, ale trudno też nazwać ją sukcesem. Największe grzechy tego dzieła to jego straszna monotonność, nużące tempo i fakt, że po męczącym seansie nie zostawia nas nawet z głębszą refleksją.
fot. główna: materiały promocyjne

