Droga Marka Graysona była pełna traumatycznych przeżyć, międzywymiarowych zagrożeń oraz starć, których nie dało się wygrać. Po zakończeniu poprzedniego sezonu można było przypuszczać, że jego życie nie może się już bardziej posypać. Jest jednak jeden element, który komplementuje ten mroczny obraz — wojna. Czwarty sezon serialu Niezwyciężony rzuca bohatera w sam środek największego konfliktu, z jakim do tej pory musiał się zmierzyć.
Niezwyciężony rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach z trzeciego sezonu. Mark wraz z innymi herosami próbuje uporządkować sytuację po atakach Niezwyciężonych z innych wymiarów oraz Conquesta, które pozostawiły po sobie ogrom zniszczeń i cierpienia wśród cywilów. Niestety, zło nigdy nie śpi, a bohater nie ma nawet chwili wytchnienia. Niemal natychmiast zostaje zmuszony do walki ze starymi i zupełnie nowymi przeciwnikami.
W dalszej części sezonu na posesji rodziny Graysonów pojawiają się Allen oraz Omni-Man. Przybywają, by zrekrutować Marka i jego brata Olivera do walki przeciwko Viltrumitom. Koalicja planet, na której czele stoi Thaedus, oficjalnie wypowiada im wojnę. Kluczowym elementem, który może przechylić szalę zwycięstwa, jest Invincible.
Zobacz również: Niezwyciężony – recenzja 3. sezonu. Definicja nierówności
:max_bytes(150000):strip_icc():focal(749x0:751x2)/Invincible-S4-Still229-031726-ea9a12f399c94f37b499bde1af886b5e.jpg)
Różnica jakościowa między odcinkami jest w tym sezonie bardzo wyraźna. Pierwsza połowa wyraźnie spowalnia tempo narracji. Zamiast rozwijać główny wątek, dostajemy raczej krótsze, zamknięte historie skupione na pojedynczych epizodach. Taki nagły przeskok może sprawić, że serial momentami wydaje się nużący. Szczególnie w porównaniu z wcześniejszymi wydarzeniami oraz tym, co następuje później. Odcinek rozgrywający się w piekle może wydawać się zbędny, ale osobiście nie mam nic przeciwko „fillerom” i uważam, że w tym miejscu historii były one potrzebne.
Zanim konflikt galaktyczny rozkręci się na dobre, dostajemy sporo czasu na rozwój relacji między bohaterami. Romans Marka i Eve prowadzony jest w sposób dojrzały i nieoczywisty. Postacie mierzą się z realistycznymi problemami, rzadko poruszanymi w historiach superbohaterskich. Debbie i Paul okazują się zaskakująco uroczą parą, a ich wspólne sceny wywołują uśmiech. Cieszy też ilość czasu poświęcona duetowi Nolan–Allen. Relacja, która zaczynała się jako jednostronna sympatia, przeradza się w pełnoprawną przyjaźń. Może być to najlepszy bromance w całym serialu. Drugi odcinek, skupiony na poszukiwaniu broni przeciwko Viltrumitom, jest wyjątkowo wciągający właśnie dzięki chemii między tą dwójką.
Zobacz również: Mumia: Film Lee Cronina – recenzja filmu

Czwarty sezon wyraźnie zyskuje na jakości, gdy bohaterowie dołączają do drużyny walczącej z Viltrumitami. Obok Marka, Olivera, Nolana i Allena na scenę powraca Battle Beast — jedna z najciekawszych i mniej wykorzystywanych postaci. Mimo ograniczonego czasu ekranowego, kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Do obsady dołącza także Tech Jacket. Choć ma kilka efektownych momentów, wypada mniej interesująco niż reszta. Mieszanka tak różnych osobowości przekłada się jednak na wiele zabawnych scen i dialogów. Stanowi to przyjemną odskocznię od wszechobecnej tragedii.
W tej odsłonie Invincible jedna postać zdecydowanie wybija się ponad resztę. Jest nią główny antagonista, Thragg. Jako regent imperium Viltrumitów zrobi wszystko, by wyeliminować wszelką słabość wśród swojego ludu i przywrócić dawną potęgę swojej planecie. Mimo brutalnych metod, jego oddanie i miłość do własnego ludu oraz dziedzictwa są niezaprzeczalne. Thragg cechuje się absolutną pewnością siebie i niemal niewzruszonym opanowaniem. Jako najpotężniejszy przedstawiciel swojej rasy nie postrzega nikogo jako realnego zagrożenia. Nawet Omni-Man, uznawany za jednego z najsilniejszych bohaterów, nieustannie ostrzega Marka przed jego siłą. W każdej scenie Thragg dominuje nad swoimi przeciwnikami w sposób absolutny. Śmiało można stwierdzić, że to najbardziej imponująca i robiąca wrażenie postać, jaką do tej pory wprowadził Niezwyciężony.
Zobacz również: Superman Action Comics: Supergwiazdy – recenzja komiksu. Superman w pięciu smakach

Do tej beczki miodu trzeba niestety dodać łyżkę dziegciu. W przypadku tego serialu nie można pominąć kwestii technicznych. Problem jakości animacji jest obecny od dawna, a z biegiem czasu wydaje się nawet pogłębiać. Oszczędna animacja momentami psuje napięcie scen, sprawiając, że wyglądają one niezamierzenie komicznie. Niektóre projekty postaci i lokacji również wypadają biednie. Zdarzają się jednak momenty, kiedy animatorzy wchodzą na wyższy poziom. Widać to najczęściej w scenach akcji, zwłaszcza w siódmym odcinku. Niestety, są to raczej wyjątki. Pośpiech w produkcji kolejnych sezonów oraz poświęcanie większości budżetu na gwiazdorską obsadę głosową są widoczne na pierwszy rzut oka.
Czwarty sezon serialu Niezwyciężony utrzymuje wysoki poziom, za który nosi on miano jednej z najlepszych produkcji o superbohaterach. Świetnie poprowadzona fabuła i rozwój postaci czynią z niego pozycję obowiązkową. Problemy z animacją momentami obniżają czerpaną rozrywkę, natomiast nie są w stanie przyćmić jakości samej historii.
Fot. główna: materiały promocyjne

