Długo czekałam na finałowy sezon. Outlander opowiada najpiękniejszą historię miłosną z motywami podróży w czasie, jaką widziałam. Trochę obawiałam się, czy tytuł nie podzieli losu Gry o tron. Diana Gabaldon przecież wciąż nie napisała ostatniej części i czytelnicy nie wiedzą, jak oryginalnie kończy się historia.
Akcja serialu Outlander wyraźnie zwolniła w tym sezonie. Nad bohaterami przez cały czas ciążyło widmo śmierci Jamiego, a Claire wydawała się z tym zaskakująco pogodzona. Kompletnie nie pasowało mi do tej postaci. Dwukrotnie myślała, że go straciła. Naprawdę była gotowa na powtórkę? Rozumiem, że nabrała życiowej mądrości i doświadczenia, ale bez przesady.
Nieodmiennie uważam, że jest to fascynująca opowieść o oddaniu, miłości i tęsknocie, której ekranizacja wyszła wyjątkowo dobrze. Niestety ostatnie odcinki miały zaburzony balans między spokojną akcją i poważnymi dialogami a napięciem, dramatem oraz walką o życie. Jak wspomniałam, nie brakowało bardziej dynamicznych fragmentów, ale wydawały się nieść znacznie mniejszy emocjonalny ładunek niż w poprzednich sezonach.
Zobacz również: Dobry omen – recenzja 3. sezonu. Ból czasu ekranowego
Zacznijmy od tego, że odkąd William dowiedział się, kto jest jego prawdziwym ojcem, jego życie bardzo się zmieniło. Nie potrafił się z tym pogodzić, a do tego dość niefortunnie ulokował swoje uczucia i to dwukrotnie. W ostatnim sezonie nieświadomie zaangażował się w kolejny nietrafiony romans, co wcale nie pomogło mu się uspokoić. Odkrycie prawdy o osobliwych upodobaniach Johna też nie. Ostatecznie życie zmusiło go do podjęcia decyzji o tym, czy wybaczyć najbliższym.
A skoro już wspomniałam o Johnie, nie mogę pominąć wątku jego przyjaźni z Jamiem Fraserem. Czekałam na ich pojednanie od dawna, no bo przecież twórcy nie mogli tak po prostu zostawić tego wątku, prawda? Ich relacja była zbyt ważna i piękna, i mam wrażenie, że ciągnęła się przez zbyt wiele sezonów. Oboje dużo sobie zawdzięczali i chociaż poróżnili się nie bez powodu, ostatecznie doszło między tą dwójką do konfrontacji. Oboje unieśli się dumą i wykazali niemal oślim uporem, ale zakończenie ich ponownego spotkania chyba było oczywiste od początku konfliktu.
Zobacz również: Kasztanowy ludzik – recenzja 2. sezonu. Zaskoczenie i rozczarowanie

Moim ulubionym wątkiem pobocznym jest powrót wątku z synem Iana. Położenie Indian wygląda coraz gorzej, dlatego Murray nie może pozwolić sobie przegapić okazji na spotkanie z pierworodnym. Sytuacja jest trudna nie tylko dla niego, ale także dla jego żony, która swoją empatią i wyrozumiałością bardziej przypomina anioła niż żywego człowieka. Ich miłość jest niesamowita, a ja nie potrafię im nie kibicować. To moja ulubiona para zaraz po głównych bohaterach.
Pojawiło się też kilka nowych wątków, co osobiście uważam za wątpliwą decyzję narracyjną, ponieważ nie wszystkie motywy doczekały się wyjaśnienia. Może nie musiały, ale pozostawiły niedosyt. Nagłe, nie wytłumaczone przeskoki czasowe też nie pomagały w ogólnym odbiorze sezonu. Podobało mi się jednak w tych nowych wątkach wprowadzenie postaci z serii: gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach, moglibyśmy zostać przyjaciółmi.
Zobacz również: Devil May Cry – recenzja 2. sezonu. Efekciarstwo serialu nie zrobi

Jeżeli chodzi o zakończenie, to ostatni odcinek przywrócił mi Claire, jaką znałam. Szaleńczo zakochaną, która nie potrafi nawet wyobrazić sobie życia bez Jamiego. Końcowe sceny nieustannie trzymały w napięciu i muszę przyznać, że właśnie na to czekałam. Najlepsze było jednak to, że zakończenie można interpretować na dwa różne sposoby i każda z wersji wydaje się w jakiś sposób właściwa.
Podsumowując: Outlander w tym sezoniema wolniejsze tempo akcji niż do tej pory. Najważniejsze wątki otrzymują satysfakcjonujące rozwiązania, ale pojawiają się też nowe motywy. Pomimo w większości przegadanych odcinków nie zabrakło kilku emocjonujących scen akcji. Zakończenie jest piękne, choć niejednoznaczne. Dzięki temu cała świetnie zapada w pamięć i nie pozostawia odbiorcy z poczuciem rozgoryczenia.
Fot. główna materiały promocyjne

