Sala kinowa pełna zagorzałych fanów Gwiezdnych Wojen i mnożące się opinie, czy Mandalorian i Grogu to prawdziwe Star Wars. Pytanie podchwytliwe, bo bez odpowiedzi – ale my zajmiemy się tym, czy film jest godną kontynuacją serialowej opowieści.
Zamiast czwartego sezonu serialu dostajemy film Mandalorian i Grogu, trwający lekko ponad dwie godziny. Mando z Grogu pod opieką działa ostrożniej i przyjmuje zlecenia głównie od Nowej Republiki, a nie od podejrzanych gangsterów. Aby wytropić jednego z ukrywających się imperialistów, musi jednak zająć się zleceniem dla bliźniąt Huttów. Tak rozpoczyna się kolejna misja łowcy nagród.
Zobacz również: Erupcja – recenzja filmu. Czy to etiuda studencka?
Fabuła filmu jest banalnie prosta. Zlecenie Huttów oczywiście jest zmyłką, którą Mando szybko odkrywa. Zadanie momentalnie wymyka się z rąk, a łowca wpada w kolejne kłopoty, co wymaga szeregu przetasowań ratowania Grogu przez Mando i na odwrót. Fabułę można potraktować jako pretekst do walk i potyczek, a także sporej ilości gagów skupionych na Grogu. Zarysowany na początku imperialista to dwuminutowa postać, która nie jest ani realnym zagrożeniem ani nikim przesadnie ważnym dla fabuły.
Zobacz również: Maul. Mistrz Cienia – recenzja serialu. Do czego można się posunąć w imię zemsty?
Muszę jednak przyznać, że przymykam oko na fabularną prostotę. Mandalorian i Grogu zapewnia rozrywkę innymi aspektami. Ogromną część filmu pochłaniają walki z kolejnymi przeciwnikami, od potworów na arenie, przez Huttów, po wrogiego łowcę nagród. Jest na co popatrzeć, choreografia walk wypada całkiem nieźle, a scenerie i cała oprawa wizualna walk są dość różnorodne. Nie ma może efektu wow, ale ogląda się to przyjemnie i z zaciekawieniem.

Warstwa audiowizualna to zresztą mocna strona filmu. Kilka scen naprawdę przyciąga oko, jak na przykład pierwsze pojawienie się drugiego łowcy nagród czy wężowego potwora. Przytrzymane ujęcia nadają się na plakatu i dają chwilę oddechu przed kolejnymi bijatykami. Ciekawą lokalizacją jest też księżyc Shakaru, utrzymany w cyberpunkowym klimacie. Wydaje się to lekkim odejściem do konwencji, zaskakująco pasuje do filmu i daje okazję Ludwigowi Göranssenowi do poeksperymentowania z muzyką w bardziej elektroniczne klimaty.
Zobacz również: Jack Ryan: Wojna Duchów – recenzja filmu. Dużo akcji, mało emocji
Nietrudno jednak zauważyć, że Mandalorian i Grogu cierpi z faktu bycia filmem. Bez większych problemów dojrzymy ramy czasowe, które wyznaczałyby kolejne odcinki serialu. Najbardziej w oczy rzuca się filler z Grogu w roli głównej, który w streamingu zapewne trwałby dwadzieścia minut i wyszedł jako special, a niekoniecznie pełnoprawny odcinek. Wrzucenie go w środek filmu, który ma zupełnie inne tempo akcji, obnaża smutne zjawisko – otrzymujemy film szyty z kawałków, sklejony z tego, co powinno być pełnoprawnym sezonem.

To nie koniec mankamentów, bo nie mogę z kolei przymknąć oka na odcinanie kuponów. Gagi z Grogu to samoistna kampania promocyjna, wrzucona w film po to, aby generować rolki i TikToki. Brzeszczot zyskuje lekko nowy wygląd, aby kolekcjonerzy uzupełnili kolekcję LEGO. Twarz Pedro Pascala widzimy na ekranie – i nagle brak hełmu Mandaloriana nie jest problemem nie do rozwiązania – aby nikt nie kwestionował, że aktor rzeczywiście robi w filmie coś więcej niż podkładanie głosu. Częściowo może to mój cynizm, ale myślę, że wielu fanów podziela te obserwacje.
Mandalorian i Grogu zbiera mocno średnie opinie, które budzą moje mieszane uczucia. Jako rozrywka film sprawdza się świetnie i mam ochotę wybrać się na drugi seans w ciągu najbliższych kilku dni. Angażuje widza, pokazuje satysfakcjonujące walki, momentami nawet bawi. Nie jest to zła produkcja, ale jest to po prostu komercyjny twór spod znanego szyldu, który miał powstać – a nie być wyjątkowym dziełem w świecie Gwiezdnych Wojen. Szkoda więc tutaj zmarnowanego potencjału i zrobienia z kolejnej odsłony opowieści Mando czegoś głębszego.
Fot. główna: Materiał promocyjny.

