Jak rzuciłam pracę po obejrzeniu Wszystko wszędzie naraz

Chyba wszyscy znamy ten moment, kiedy myślimy nad zmianą w jakimś ważnym aspekcie naszego życia i czekamy na znak, żeby w końcu się na to zdecydować. Czasami żaden nie przychodzi i musimy sami zrobić pierwszy krok. Zdarza się jednak, że dzieje się coś, co popchnie nas do przodu – lekko, ale dzięki temu możemy się rozpędzić.

Jestem fanką filmów, które zostawiają po sobie ślad. To nic odkrywczego, ale lubię wyciągać coś dla siebie z dzieł kultury tworzonych przez innych. Nasze historie różnią się, a jednak są w nich motywy przewodnie powtarzające się u wielu osób.

Zobacz również: Backrooms – recenzja filmu. Co się dzieje, gdy młodzi twórcy mają szansę zabłysnąć

Wszystko wszędzie naraz
kadr z filmu Wszystko wszędzie naraz

Kilka lat temu pracowałam jako copywriterka. Była to praca wygodna i niezbyt trudna, w przyjaznym zespole – z wielu względów nie miałam na co narzekać. Niestety ze zleceniami, którymi się zajmowałam, łatwo o monotonię. Przez dłuższy czas chodziło mi po głowie, żeby zrezygnować z posady i spróbować swoich sił w dziedzinie, która stawiałaby przede mną więcej wyzwań. Brakowało mi jedynie tego magicznego momentu, kiedy stwierdziłabym, że to już. Znaku. Sygnału od Wszechświata.

Aż do momentu, kiedy obejrzałam Wszystko wszędzie naraz.

Większość z nas zapewne oglądała albo przynajmniej słyszała o tym filmie. Nic dziwnego – w 2023 roku dostał on 7 Oscarów oraz wiele innych nagród. Wszystko wszędzie naraz to opowieść o nieskończonej liczbie wymiarów i różnych wersjach bohaterów, które istniałyby, gdyby podjęli oni inne decyzje. Wydźwięk filmu nie zawsze był pozytywny, ale dużo zależało od interpretacji. Na przykład: dzięki przemieszczaniu się pomiędzy wymiarami, jedna z głównych postaci, Evelyn, dostrzegła coś bardzo ważnego – swój potencjał.

Zobacz również: Znajomi i sąsiedzi – recenzja 2. sezonu. John Hamm w formie, gorzej z serialem

Wszystko wszędzie naraz
kadr z filmu Wszystko wszędzie naraz

Historii przewodzą motywy absurdu, egzystencjalizmu i nihilizmu. Bohaterowie aktywnie zastanawiają się nad sensem życia i nad tym, jaką postawę przyjąć wobec jego ewentualnego bezsensu. Multiwersum nadało im głębię, a u niektórych widzów wzbudziło pytanie od dawna zadawane sobie przez ludzkość: Co by było, gdyby…?

Byłam jedną z tych osób. Dwie godziny po obejrzeniu filmu wysłałam do szefa maila z informacją o rezygnacji z pracy. Stwierdziłam, że nie ma sensu trzymać się kurczowo posady, na której już jakiś czas wcześniej przestałam się rozwijać. W końcu mogłam być kim chciałam! I właśnie w ten sposób stałam się bezrobotna.

Gwoli ścisłości – nie jest to żadna zachęta do rzucania wszystkiego i wyjeżdżania, dajmy na to, do Honolulu. Gdybym dzisiaj znalazła się w takiej sytuacji, musiałabym wziąć pod uwagę więcej czynników przed podjęciem ostatecznej decyzji. Okazało się, że praca w branży „bezrobocie” (nawet na wysokim stanowisku!) ma swoje minusy. W tamtym momencie życia mogłam sobie jednak pozwolić na taką zmianę i skupić się na pisaniu magisterki – analizy znanej powieści wybitnego francuskiego autora, książki, której z własnej woli pewnie bym nie przeczytała. W zasadzie wylądowałam na seminarium literaturoznawczym, tylko dlatego że w trakcie trwania zapisów na zajęcia byłam zbyt pochłonięta myślami o Zygzaku McQueenie i Route 66… Ale to już historia na inną okazję.

Zobacz również: Gothic 1 Remake – recenzja gry. Powrót za Magiczną Barierę

Wszystko wszędzie naraz
kadr z filmu Wszystko wszędzie naraz

Film był dla mnie też świetną realizacją motywu korzystania z wolnej woli. Mamy tendencję do wpadania w schematy i wykonywania tych samych czynności z przyzwyczajenia. Na co dzień nie poświęcamy zbyt dużo uwagi idei, że każdy dzień przynosi nieskończenie wiele możliwości. Dosłownie. Nie trzeba do tego nawet multiwersum. Samo stworzenie filmu takiego jak Wszystko wszędzie naraz jest fantastycznym przykładem wykorzystania wolnej woli. To właśnie wszechobecny absurd nie tylko urzeka, ale też inspiruje. Czasami budzi chęć zasmakowania choć odrobiny niesamowitego świata, który został nam przedstawiony, i postawienia kroku w inną stronę niż dotychczas.

Oczywiście mnogość opcji może też przytłaczać. Sam film wymagał tyle skupienia, że nawet przez chwilę nie pomyślałam, żeby wziąć do ręki telefon i przejść chociaż kilka poziomów Candy Crush. Uważam jednak, że możliwość wyboru jest przywilejem i nawet jeśli nie skorzystamy z jakiejś opcji, dobrze ją mieć.

Czasami tęsknię za nagłym przypływem inspiracji i chęci do działania, które poczułam tamtego dnia. Bardzo zachęca mnie to do wychodzenia poza schematy i stawiania się w nieoczywistych sytuacjach. Myślę, że właśnie takie działania często odkrywają kolejne fragmenty naszej życiowej mapy i pchają nas do przodu. Czasami wystarczy zrobić jeden mały krok, tu i teraz. Przecież nie trzeba robić wszystkiego. Wszędzie. A już na pewno nie naraz.


Fot. główna: materiały promocyjne

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze