Na koniec teatralnego sezonu 2025/2026 Teatr Ateneum przygotował jeszcze jedną produkcję. Spektakl EKS to kameralna inscenizacja błyskotliwej sztuki Mariusa von Mayenburga. Historia o zazdrości, niespełnionych marzeniach i manipulacjach trafnie uderza w temat toksycznej miłości, do czego perfekcyjnie wykorzystuje barwny humor.
Uwielbiam, kiedy Teatr Ateneum stawia na historie pozornie proste, a jednak niebywale głębokie. Po raz pierwszy teatr ten odwiedziłem na spektaklu Grupy krwi Anny Wakulik w reżyserii Wojciecha Urbańskiego. Wtedy to też na nowo zakochałem się w sztuce tradycyjnej, a spektakl EKS znowu mi o tym przypomniał. Artur Tyszkiewicz postawił na klasyczne narzędzia dramaturgiczne, jak m.in. emocjonalną ciągłość czy bardzo realistyczną i oddaną dramatowi wizję. Właśnie to podejście przyniosło wyśmienite efekty. Tekst Mayenburga wyolbrzymia stereotypy, a różne domowe sytuacje i dramaty obraca w groteskę. Realistyczne ukazanie takiej historii zbliża widownię do bohaterów i usprawiedliwia gatunek komediowy jako część całej opowieści. Co szczególnie istotne, EKS to przede wszystkim studium ludzkich zachowań, z którego sami wyciągamy wnioski.
Zobacz również: Anioł Zagłady – recenzja spektaklu. Surrealizm ma się dobrze

Spektakl Tyszkiewicza opiera się w głównej mierze na dialogu. Między bohaterami dochodzi do ciągłej wymiany zdań, której dominującą cechą jest celowa błędna interpretacja intencji drugiej osoby. To narzędzie manipulacyjne nazwane przez socjologów „wandalizmem interakcyjnym”. Udaje się je przenieść do tego poziomu absurdu, że sam widz jest zdezorientowany, a może czasem poirytowany. Nie wiadomo komu kibicować, a kogo nienawidzić. Zarówno Daniel, Sibylle, jak i Franziska są równocześnie poszkodowanymi i atakującymi, co sprowadza uwagę odbiorcy na merytoryczną treść rozmowy. W tym wszystkim Tyszkiewicz stara się utrzymać rosnące napięcie przez praktycznie cały spektakl. Każdy bohater próbuje nie przekraczać granic, choć cały czas wzajemny hejt skrywa się pod inteligentnymi metaforami i wywodami. Między wszystkimi buzuje nienawiść, która nie wybucha, a tylko częściowo spuszcza parę dzięki śmiechom widowni.
Tak dynamiczną walkę słowną zapewniają wybitni odtwórcy ról. Minimalna scenografia i nieskomplikowane oświetlenie pozwalają z precyzją śledzić gesty bohaterów, a delikatna muzyka umożliwia wsłuchanie się w ich komentarze. Co do drugiej kwestii, reżyser nadmiernie stosuje dźwięk bijącego serca, które często nie wpasowuje się do klimatu poszczególnych scen. To jednak mankament, który nie zmienia odbioru całej inscenizacji. Przede wszystkim w wir trójkąta zazdrości wprowadzają aktorzy. Kierowani przez Artura Tyszkiewicza właściwie wywołują śmiech, ale znajdują również czas na swoje wyznania – przerażające, odsłaniające największe wady współczesnego społeczeństwa. Choć jestem świadom, że zamiarem była krytyka wielkomiejskiego stylu życia, tak myślę że Tyszkiewicz uogólnił podejście Mayenburga. W spektaklu łatwo dostrzec istotę postmodernizmu, w którym każdy ma swoją prawdę, a w nieskończonym naśladownictwie tkwią zwierzęce instynkty ludzkiej zazdrości.
Zobacz również: Adrenalina – recenzja spektaklu. Praga jak z sitcomu

Sibylle grana przez Olgę Sarzyńską jest apodyktyczna, toksyczna i dobitnie przekonująca w swoich kłamstwach i manipulacjach. Z Łukaszem Simlatem stworzyli relację, w którą nikt nie chciałby się wplątać, nawet jako „piąte koło u wozu”. Od pierwszych chwil Sarzyńska i Simlat dają do zrozumienia, że ich małżeństwo to tylko prawne uwiązanie. Domowy „odpoczynek” jest drogą pełną dziur, które trzeba łatać, aby tylko zachować status quo – tego symbolem stają się przede wszystkim dzieci. Głównym bohaterem EKS okazuje się Daniel. Łukasz Simlat w tej roli chwilami prawdziwie umiał mnie nabrać, że to on jest ofiarą matriarchatu. Aktor doskonale operuje swoją bezradnością i zakłopotaniem, a z czasem również uwidacznia się bezczelność Daniela, która stawia go na równi z pozostałymi. Małżeństwu od początku towarzyszy Franziska – choć fizycznie dopiero od pewnego momentu spektaklu. „Przeszłość” Daniela to iskra, która rozpala piekielny ogień. Gdy Milena Suszyńska wkracza na scenę, swoją aparycją wprowadza jeszcze większe zamieszanie.
Tęsknotę za niespełnioną przeszłością Daniela widać już w jego mowie ciała. Zanim padają konkretne słowa, mężczyzna od początku stara się być w pobliżu swojej byłej miłości. Już wcześniej zachowuje dystans wobec żony, a wszelkie zbliżenie jest traktowane jako niepewność i zagrożenie. Cała obsada doskonale również gra nietrzeźwość. Alkohol bohaterom służy za lekarstwo na stres i napięcie, ale nic bardziej mylnego – wewnętrzne uciski Sibylle, Daniela i Franziski tylko się uwidaczniają. To właśnie wino zdziera maski gościnności i pozornej kultury, prowadząc do monologów o wszechogarniającej zazdrości. W tym miejscu EKS stawia największe pytania o stan współczesnego społeczeństwa. Czy potrafimy jeszcze budować oparte na szczerości relacje? Na ile nasze uczucia są autentyczne, a na ile stają się tylko towarem w domowej grze o dominację? Czy nasze życiowe wybory to faktyczne pragnienia, a na ile to desperacka próba sprostania wyobrażeniom innych i ucieczka przed własną pustką?
Zobacz również: Ania z Zielonego Wzgórza – recenzja spektaklu. Tempo i ekspresja

Artur Tyszkiewicz przygotował komedię na poziomie Dnia świra Marka Koterskiego – to pogłębiona analiza społeczeństwa z odpowiednią dawką mądrego humoru. Dramat Mayenburga to psychologiczne arcydzieło, które jest lustrem współczesnej supermarketyzacji relacji społecznych. Losy Daniela i Sibylle, w które wkracza Franziska stawiają mnóstwo pytań o potrzeby człowieka i środki, jakich gotowy jest użyć, aby je osiągnąć. EKS to przede wszystkim uzasadniona komedia. Reżyser przenosi tekst na deski teatru, doskonale łącząc komizm z dramatyzmem. To inscenizacja, która na zewnątrz dusi śmiechem, a wewnątrz dusi realizmem i pesymistyczną wizją nieskończonej, brutalnej gry pozorów. Gra aktorska Sarzyńskiej, Simlata i Suszyńskiej prowadzi widza przez pole domowej bitwy, w której każdy przegrywa. Pozwala na to również minimalistyczna i realistyczna scenografia oraz wierna psychologia bohaterów, która sprawia wrażenie śledzenia prawdziwego spotkania przez niewidzialną barierę sceny.
fot. główna: Krzysztof Bieliński/Teatr Ateneum

