Tłum pod sceną, zero wakacji, jedna szafa, w której trzeba było się zamknąć, żeby to wszystko ogarnąć. Hubert. wraca z płytą, która bardziej niż koncertem pachnie potem z tour busa i hotelowym korytarzem – i, niestety, męczy prawie tak samo, jak sama trasa.
Dla fanów życie artysty wydaje się wręcz arkadyjskie. Single, miliony wyświetleń i odsłuchań. Kampanie promocyjne, płyty, merch. W końcu koncerty i tysiące osób, które przyszły właśnie dla twojej muzyki. Brzmi idealnie, ale z czym tak naprawdę wiąże się kariera muzyczna? Próbę odpowiedzi na to pytanie podejmuje najnowsza płyta Huberta. Sie porobiło… stanowi czterdziestominutowy zapis przeżyć z trasy koncertowej artysty, którego kariera dopiero niedawno na dobre się rozpoczęła. Już w pierwszym numerze, w szafie, nawija o stanie zawieszenia w przestrzeni pomiędzy sceną a domem:
Zamknąłem się w tej szafie, pół roku, może dłużej […]
Jestem gdzieś na autostradzie, nie wiem, kiedy znowu wrócę.
Zobacz również: Popkulturowy przegląd miesiąca – najciekawsze premiery lipca
To właśnie podróż, droga i autostrada są centralnymi motywami albumu. Pożegnanie z rodzicami, przedstawione na otwierającym kawałku, szybko ustępuje miłości do muzyki. Hubert. wraca wspomnieniami do chwil spędzonych na scenie – pierwszego Open’era, pamiętnego koncertu w Chałupach, gdy przyszła go posłuchać rekordowa liczba fanów, czy zagrania trzech koncertów w trzy dni – nadając utworom nie tylko szczerego tonu, ale również rozproszonego klimatu. Cały czas eksponuje ruch – siebie, tour busa, kilometrów za oknem – i rosnące wraz z nim zmęczenie, o czym wspomina w *creeeeew*:
Rosnę w oczach, rosną doły pod oczami […]
Mijamy miasto nad Wisłą.
Przymrużone oczy i przyduży dres.
Dawno miałem kimać, ale wiesz, jak jest,
Siedzę, aż zrobi się widno.
Sie porobiło… to album spójny do takiego stopnia, że staje się aż monotematyczny. Kawałki nie wychodzą poza ramy: Będę w trasie całą zimę / Będę w trasie całą wiosnę i Łażę po hotelu, a nawet nie mam wakacji. Brakuje utworów, które w jakiś sposób urozmaiciłyby materiał, a jednocześnie były głosem wewnętrznym Huberta. Chociaż jednego kawałka pełniącego funkcję duchowego przystanku na trasie, chwili naturalnej refleksji o życiu, relacjach lub tęsknocie za domem. Na pewno takie rozwiązanie rozładowałoby intensywność kilkumiesięcznej tułaczki i energię hipnotyzujących beatów.
Zobacz również: Kinny Zimmer – Road to furia EP – recenzja albumu
Na największą uwagę zasługuje właśnie warstwa melodyczna. Za wciągające ambientowe tła, na których osadzone są mocne basy i syntezatory, odpowiadają Hubert. i Lucassi, producent z duetu Coals. Każdy z dziesięciu numerów jest unikatowy i oddaje klimat panujący w liryce. Wstępny fragment beatu w szafie wprowadza odbiorcę w tajemniczą, niemal magiczną aurę, zapowiadając historię o przełomie w karierze (Dobrze, że się ustawiłem zanim wypuścili GTA VI). Rytm *creeeeew* odzwierciedla z kolei dynamikę podróży busem, a tło room service wydaje się odpoczynkiem w hotelowym pokoju. Z bazy produkcji wyłania się cichy, kojący kobiecy głos, który doskonale dopełnia charakterystyczne, choć czasem zbyt jednostajne, flow rapera.
Po dobrym albumie kolorowe domy i jeszcze lepszej EPce wizuale od nowego materiału Huberta. spodziewałam się czegoś więcej. Co prawda Sie porobiło… nie jest złym albumem, ale zdecydowanie brakuje w nim głębi i charakteru. Liryczna powtarzalność i niekiedy monotonny styl nawijki z czasem zaczynają nużyć, a ratunkiem okazują się jedynie niebanalne, bezbłędnie dobrane beaty. Całościowo czterdziestominutowa płyta stanowi dosyć nudną i męczącą podróż – prawie tak męczącą, jak trasę koncertową opisuje młody raper.

