Postać Spider-Mana od zawsze jest jedną z tych najbardziej ludzkich i przyziemnych. W Spider-Man: Całkiem nowy dzień protagonista musi zmierzyć się z najcięższym przeciwnikiem – własną psychiką. Czwarta odsłona serii z Tomem Hollandem przyjmuje znacznie poważniejszy ton, stając się najbardziej dojrzałą częścią przygód Spidey’ego.
Wybór Destina Daniela Crettona na reżysera filmu Spider-Man: Całkiem nowy dzień od początku nie dawał złudzeń, że Sony i Marvel szykują dosłownie coś całkiem nowego. Twórca Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni przeniósł znanego wojownika na ekrany z precyzją i smakiem. Mimo problemów narracyjnych był to film ze skrupulatnie zrealizowaną wizją – chińska mitologia i kultura czy ekscytujące sceny walki rodem z filmów z Brucem Lee czy Jackie Chanem. Kolejną wizję Cretton równie sprawnie wprowadził do historii o Pająku. Reżyser zadowala fanów licznymi nawiązaniami do filmów z Andrew Garfieldem i Tobeyem Maguire’em, inspiracjami z komiksowych okładek czy klasycznymi bohaterami. Jednocześnie twórca, świadomie bądź nie, poświęca na fan-service zbyt dużo uwagi, utykając w reżyserskim warsztacie.
Zobacz również: Punisher: Ostatnie starcie – recenzja filmu. Frank na pełnej

Chris McKenna i Erik Sommers przygotowali scenariusz, który w prosty i spójny sposób prowadzi fabułę. Nie brakuje tu MacGuffina, plot twistów czy „czerwonego śledzia”, który myli widzów co do intencji głównego antagonisty. Twórcy bezkompromisowo korzystają z tych typowych narracyjnych rozwiązań. Tym samym film staje się często dosyć przewidywalny, jednak wcale nie nudny.
Gdy umysł wie, co się stanie, serce wciąż bije mocniej i mocniej. W zasadzie Spider-Man: Całkiem nowy dzień to przede wszystkim pożywka dla uczuć i emocji, bo relacje między bohaterami są po prostu nieocenione. “Bromance” Punishera i Spidey’ego przypomina mi dynamikę między Willem a Chuckiem z Buntownika z wyboru – lojalność, więź i prawdziwa bezinteresowna przyjaźń. Myślę, że ta relacja nawet bardziej rozwija samego Franka niż Petera, a to miły dodatek po przeżyciach tego bohatera. Nie brakuje tu oczywiście miłosnych perypetii z MJ, tęsknoty za ciotką czy naukowo-nerdowskiego bełkotu z Brucem Bannerem. Cretton opisuje tożsamość głównego bohatera, o ironio, przez inne postacie, jeszcze mocniej podkreślając jego samotny tryb życia. W ten sposób nie marnuje nawet bohaterów drugoplanowych, którzy odzwierciedlają charakter Pająka.
Zobacz również: Funko POP Spider-Man – najlepsze figurki

To właśnie psychologia Petera Parkera stanowi sedno tej opowieści. Historia idealnie obrazuje jeden z najcięższych dylematów dzisiejszego świata – jak łączyć życie prywatne z pracą? To oczywiście spore uogólnienie, ale Spider-Man: Całkiem nowy dzień cynicznie rzuca hasłem “rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia”, nadając mu nowego, brutalnego znaczenia. Co ciekawe, Cretton próbuje rozwiązać ten spór i wychodzi z kompromisową i nieco wymijającą odpowiedzią. W pewien sposób pozostawia oglądającym pole na własną interpretację przeżyć Petera. Film przenosi do świata superbohaterów toksyczny pracoholizm i jego skutki – samotność i przytłoczenie. Spider-Man przestaje być jedynie osią fabularną, a staje się symbolem ludzkich konfliktów wewnętrznych. Niemniej, jako dobry terapeuta, nie rozwiązuje tych problemów za nas – daje nam jedynie wskazówki i zrozumienie.
Z tą funkcją terapeutyczną w filmach czy serialach bywa często problematycznie. Spider-Man: Całkiem nowy dzień okropnie radzi sobie z dialogami, które nawet nie zawsze ratuje aktorstwo. Podobny problem miałem z filmem Heartstopper: Forever, gdy bohaterowie na siłę próbowali tłumaczyć widzom swoje emocje, przypominać fabułę lub powtarzać fakty, które widzimy na ekranie. Tutaj dzieje się dokładnie tak samo – niektóre dialogi są zbędnie wydłużane, a nawet potrafią zaburzyć odbiór obrazu. Reżyser popełnił dokładnie ten sam błąd, co Matt Shakman w Fantastycznej 4: Pierwsze kroki – w pierwszym akcie filmu oglądamy sklejkę komiksowych nawiązań z ekspozycją życia herosa przez ostatnie kilka lat. Nie dość, że jest to chaotyczna droga na skróty, to na domiar przebodźcowuje i narracyjnie działa jak tiktokowy “hook”. To zbędna zbitka, która marnuje przestrzeń na lepsze zarysowanie całej fabuły.
Zobacz również: Ranking filmów Marvel Cinematic Universe

Tom Holland sam z chęcią przyznawał, że czwarta odsłona Spider-Mana była realizowana po jego doświadczeniach na planie Odysei. Aktor warsztatowo również ewidentnie przyjął notki od Nolana, bo w jego grze nie brakuje autentyczności. Szczególnym pokazem umiejętności są sceny z Zendayą, na co z pewnością wpływa rzeczywisty związek aktorów. Chemia między nimi wywołuje łzy wzruszenia i współczucia. Holland błyszczy przez cały czas, będąc lustrem ludzkiego zmęczenia i ucieczki od własnych bolączek. Tym samym idealnie uwidacznia unikowy styl przywiązania Petera Parkera, nadając postaci jeszcze większej psychologicznej głębi. W grze aktorskiej dorównuje mu tylko Zendaya i Jon Bernthal (przypadek, że to właśnie ta trójka wystąpiła w adaptacji eposu Homera?). Choć MJ i Punisher znacznie różnią się od dotychczasowych wersji swoich postaci, ta zmiana urozmaica ich charaktery. U MJ pojawia się zagubienie i pustka, a Frank Castle zyskuje nadzieję i radość dawnego taty. Natomiast Sadie Sink jako tajemnicza główna antagonistka to casting idealny i czekam, aż zobaczymy ją w kolejnych produkcjach Marvela.
Wspomniane problemy z ekspozycją kłują tym bardziej, że Spider-Man: Całkiem nowy dzień to najlepiej wyglądający film o Pająku w całej historii kina. Mimo że momentami czuć wykorzystanie CGI, produkcja radzi sobie z efektami specjalnymi i wizualiami naprawdę dobrze. Oko cieszą w szczególności obrazowe nawiązania do Niesamowitego Spider-Mana lub Spider-Mana z Maguire’em. To film doskonale oświetlony, a realizacja operatorska i choreograficzna scen walk przypomina legendarną już grę od Insomniac. Przy tym reżyser zadbał także o muzykę, która dorasta wraz z Peterem Parkerem. Nie towarzyszy mu już Blitzkrieg Bop od Ramones, tylko Loser od zespołu Tame Impala. Zresztą dobór utworów w całej serii z Tomem Hollandem zawsze jest tak trafny, jak w Strażnikach Galaktyki.
Zobacz również: Wolę, żeby filmy Marvela były moim guilty pleasure

Spider-Man: Całkiem nowy dzień to świeże i dojrzalsze spojrzenie na Petera Parkera. To kino superbohaterskie, które “przebierańców” traktuje jako postacie o charakterach zakorzenionych w psychologii i stanowiących symbole ludzkich doświadczeń. Destin Daniel Cretton nadaje nowy ton opowieści o Pająku, wnosząc znakomite wizualia, sceny walki i relacje między bohaterami. Równocześnie syci widzów nawiązaniami do komiksów i innych filmów, co ujmuje satysfakcji z samej fabuły. Kameralny dramat o samotności i wypaleniu również traci na łopatologicznych i zbędnych dialogach, a także scenariuszowych schematach. To jednak produkcja, którą ogląda się sercem, a nie oczyma. Film jest perfekcyjną refleksją nad światem, w którym potrafimy zatracić się w ambitnych celach, zapominając o najbliższych. Bo paradoksalnie świat wcale nie zapomniał o Peterze – to on nie pamięta, że nie jest na tym świecie sam.
