Lalka zawsze była moją ulubioną lekturą, ale nie spodziewałbym się, że jej najnowsze ekranizacje podzielą cały kraj. Nie będę ukrywał, że kinowy film Macieja Kawalskiego był jedną z moich najbardziej wyczekiwanych premier ostatnich lat. Czy udało przedstawić tak wielowątkową historię w formie kinowej produkcji?
Warszawa końca XIX wieku. Serce Stanisława Wokulskiego (Marcin Dorociński) owładnięte jest szaloną miłością do Izabeli Łęckiej (Kamila Urzędowska). On, dzięki fortunie zdobytej na wojnie, powraca do kraju i postanawia wkroczyć do świata wyższych sfer, aby zdobyć rękę ukochanej. Ona jest olśniewająca i wyniosła, lecz mimo arystokratycznego pochodzenia zmaga się z widmem finansowej ruiny. Wokulski wkracza w labirynt arystokratycznych salonów, gdzie każdy gest może być początkiem intrygi, a każde słowo – zapowiedzią zdrady. Stający na jego drodze rywale, niespodziewane sojusze i dramatyczne wybory wystawią na próbę jego marzenia i wiarę w ludzi.
Choć casting Dorocińskiego w głównej roli nie obył się bez kontrowersji, moim zdaniem sprawdził się idealnie jako Stanisław Wokulski. Jest to prawdopodobnie najbardziej sympatyczna ekranowa wersja postaci. Jest dobrotliwy, skromny, opanowany, stara się pomagać wszystkim wokół, jednocześnie momentalnie traci trzeźwość umysłu na myśl o Izabeli. Nagle staje się porywczy, irracjonalny, a nawet opryskliwy. Jest to człowiek rozdarty wewnętrznie, mimo że właściwie nie zdaje sobie z tego sprawy. Pomimo sukcesu jest to także człowiek w ciągłym ruchu. Gdy kariera naukowa nie idzie po jego myśli, naraża się dla majątku, gdy miał na ten spokojny kawałek chleba.
Pomimo wzbogacenia się, otwarcia nowego sklepu oraz towarzystwa Rzeckiego, jego głowa i tak zawsze jest gdzie indziej. Nie potrafi docenić tego, co ma i wierzy, że dopiero kolejny sukces sprawi, że będzie szczęśliwy. Stara się zdobyć uznanie osób, które tak naprawdę są godne politowania oraz kobiety, która i tak go nigdy nie pokocha. Dlatego jest tak tragiczną postacią. Wiemy, że pozytywistyczna część jego duszy chce pomagać ludziom, oddać się pracy i nauce. Z kolei jej romantyczna część nigdy w pełni mu na to nie pozwoli, choć właśnie to sprawia, że nadal potrafimy się z nim utożsamiać.
Zobacz również: Lalka – recenzja serialu. Nie ty bawisz się nią, to ona bawi się tobą
Reżyser przez prawie cały film stawia nas w butach Wokulskiego. Sprawia to, że przeżywamy jego dramat i upadek w większym stopniu w porównaniu do innych ekranizacji. Szczególnie urzekły mnie sceny, kiedy Wokulski jest tak wstrząśnięty, że jest w stanie obłąkania. Być może przypominają trochę sekwencje z Oppenheimera, lecz moim zdaniem sprawdzają się idealnie.
Nie boję się przyznać, że było parę scen w produkcji Kawalskiego, na których rzeczywiście się wzruszyłem. Jedna z nich dotyczy choćby kolejnego idealisty – Ignacego Rzeckiego, fenomenalnie zagranego przez Marka Kondrata. Oddaje naiwność, lojalność, ciepło i pewną nieporadność tej postaci. Kto mnie trochę lepiej zna wie, że jest to moja ulubiona postać w całej powieści. Człowiek żyjący w zgodzie ze swoim rytmem i rutyną, jednocześnie zagubiony w otaczającym go świecie. Stara się go podporządkować własnym ideom i zasadom, w które nikt już nie wierzy. Pozostanie lojalny Wokulskiemu, ale jest z nim na tyle szczery by móc powiedzieć, że popełnia głupstwo. Być może jest trochę śmieszny, ale też nikogo nie udaje.
Aż prosi się by było go choć trochę więcej. I trochę w tym tkwi problem najnowszej Lalki. Stara się ona wiernie ekranizować powieść Prusa, jednak jest to niemożliwe nawet w czasie blisko trzech godzin. Oczywiście wiele scen i wątków zostało usuniętych lub pominiętych. Nakręcony materiał miał łącznie trwać osiemdziesiąt godzin, a sama pierwsza wersja montażowa osiem. Pytanie więc, czy próba skondensowania Lalki w film ma większy sens. Widz ma momentami wrażenie, że część ważnych wątków, jak podróż do Paryża czy postać Ochockiego, tutaj wydają się być przypadkowe i mało pogłębione.

Weźmy na przykład Chłopów w reżyserii DK i Hugh Welchmana. Twórcy też mieli za zadanie ekranizację lektury, a jednak zdecydowali się na skupić się na Jagnie i przedstawić jedynie fragmenty, które służą spójnej opowieści filmowej. Twórcy kinowej Lalki oczywiście pierwszoplanowo skupiają się na Wokulskim i jego zauroczeniu Łęcką. Jednak jednocześnie starają się zawrzeć jak najwięcej postaci i wydarzeń, by być wiernym powieści. Przez to, szczególnie w drugiej połowie, parokrotnie oglądamy montaże wydarzeń i cierpi na tym zarówno dramaturgia, jak i tempo. Na szczęście nie jest to skrót książki, ale uważam, że mogło być nieco spójniejszą historią.
Nadmiar wątków nie jest jednak aż takim minusem, kiedy mamy do czynienia z najwybitniejszymi gwiazdami polskiego kina. Nie ma występu w tym filmie, który uznałbym za nieudany. Z pewnością na wyróżnienie zasługuje Agata Kulesza w roli Pani Meliton oraz Maria Dębska jako Wąsowska, obie wprowadzające wiele humoru i lekkości. Nie sposób zapomnieć o Andrzeju Sewerynie perfekcyjnie oddającym naiwność Tomasza Łęckiego, Mateuszu Damięckim jako zawadiackim Starskim czy wreszcie Mai Komorowskiej w wzruszającej roli prezesowej Zasławskiej.
Zobacz również: Obcy – recenzja filmu. Mniej niż zero

Można by tak długo wymieniać, a nie wspomniałem do tej pory o Kamili Urzędowskiej jako Izabeli Łęckiej. Jej występ już w dniu premiery staje się tematem sporów. O ile nie uważam, że dorównuje Małgorzacie Braunek, uważam go za całkiem udany. Łęcka jest chłodna, zdystansowana, przenikliwa a jednocześnie możemy jej współczuć, rozumiejąc jej sytuację i bezradność bez zmiany jej charakteru. Jej opis w powieści wprost narzuca nam, w jaki sposób mamy ją postrzegać.
Jest sporo pozytywnych kobiecych postaci w Lalce, więc nie rozumiem do końca trendu uczłowieczania i emancypowania Łęckiej we współczesnych interpretacjach, czego tutaj uniknięto. Zabrakło mi za to większego uwypuklenia jej absurdalnych wyobrażeń na temat otaczającego świata oraz niższych sfer i większej ilości prób flirtu z Wokulskim, lecz sądzę, że to bardziej wina scenariusza niż aktorki.
Zobacz również: Widzę, że interesuje cię ciemność – recenzja książki
Lalka zachwyca pod względem realizacyjnym. Klimatyczne zdjęcia Piotra Sobocińskiego z mało statyczną kamerą wraz z cudownymi kostiumami i scenografią sprawiają, że momentalnie przenosimy się w świat XIX-wiecznej Warszawy. Czysto wizualnie z pewnością jest to jeden z piękniejszych polskich filmów, jakie widziałem. Wybitny Dorociński, fenomenalna obsada, wartka akcja i poruszający dramat w jednym. Nie było momentu, w którym bym się nudził na sali kinowej. Jest to widowisko, które po prostu trzeba zobaczyć.
Jednocześnie żałuję, że oprócz filmu nie powstał serial telewizyjny z tą samą obsadą i twórcami, który był planowany, kiedy koproducentem była jeszcze Telewizja Polska. To właśnie w niej można by rozwinąć wiele wątków czy pogłębić charakterystykę postaci. TVP zdecydowało się jednak wycofać z produkcji serialu, a nawet koprodukcji samego filmu, kiedy Netflix ogłosił, że powstaje wersja Pawła Maślony. Trzeba by być idealistą, by starać się skondensować dzieło Prusa w formie około dwuipółgodzinnego filmu, a jednak ekranizacja Kawalskiego pokazuje, że ten szalony pomysł może się udać i być bardzo przyjemnym seansem.
Źródło obrazka głównego: Kino Świat (materiały prasowe)

