Co łączy wiedźmę, androida i „nieistniejące” dzieci? Pełna miłości rodzinna trylogia serialowa od Marvel Studios. VisionQuest to fabularnie produkcja pozornie świeża i autorska, a wizualnie wręcz prowokująca. Podobnie jak większość ostatnich tworów MCU, nie radzi sobie z dramaturgią, wypełniając narrację przewidywalną strukturą. Jednocześnie ma intrygującą koncepcję, doskonale buduje relacje i dba o każdego z bohaterów.
Marvel płynie z nurtem czasu i w swojej najnowszej produkcji wykorzystuje sztuczną inteligencję. Oczywiście nie tak, jak w czołówce do serialu Sekretna Inwazja. Ten nieśmieszny internetowy żart w istocie jest sednem samego VisionQuest. Terry Matalas, showrunner serialu, przygotował technologiczną i wręcz futurystyczną wizję, w której nie brakuje nawiązań do współczesnego świata, AI czy przeszłych filmów MCU. To właśnie twory Tony’ego Starka odgrywają główną rolę. Serial Terry’ego Matalasa to produkcja mało autonomiczna fabularnie, choć trafnie wykorzystująca fan-service do budowania losów wszystkich bohaterów. Główną osią narracyjną są fascynujące osobiste losy Tommy’ego i Visiona, które zderzają się w dynamicznej ojcowsko-synowskiej relacji. To ona jest maszyną parową, która napędza historię.
Zobacz również: Latarnie – recenzja serialu. Kłócą się jak stare dobre małżeństwo
Twórca nie ucieka się do kliszowego światotwórstwa, jakie mogliśmy niedawno zobaczyć w rodzimym Czasie, który nie nadszedł. Serial VisionQuest ma swój oryginalny styl wizualny i koncepcyjny – umysł, a raczej wirtualna rzeczywistość, głównego bohatera składa się z jego charakteru budowanego przez kilkanaście lat. To sieć wspomnień i doświadczeń związanych z vibranium, S.W.O.R.D. czy samą Wandą Maximoff. Tak jak w przypadku serialu o wiedźmie, wykreowany świat Visiona stanowi mechanizm obronny bohatera przed bolesną prawdą o własnej osobowości. Matalas sięga także do czystej psychologii, wykorzystując koncepcję id, ego i superego Freuda czy motyw walki z własnym cieniem Carla Gustava Junga. Korytarze tego wymyślonego świata działają jak gabinet psychoanalityka, w którym bohater musi skonfrontować się z własną podświadomością. Istna pożywka dla ludzi zainteresowanych tożsamością człowieka – tego, kogo próbuje zrozumieć Vision.
A kto lepiej rozumie człowieka niż ten, który próbował ludzkość unicestwić? Powrót Ultrona do MCU mógł wzbudzać wiele kontrowersji. Główny czarny charakter z Avengers: Czas Ultrona dopiero, nomen omen, z czasem zyskał uznanie fanów. Spojrzenie twórców VisionQuest na androida jest mieszanką groteski, czarnej komedii, a momentami nawet horroru. James Spader w ludzkiej postaci doskonale miesza sarkastyczny i figlarny charakter z filozoficznym i często mrocznym podejściem do istnienia. Ultron to postać niestandardowa, której teksty potrafią zmusić do wielu refleksji o relacjach, celach i sensie życia. Nie brakuje jej przy tym mroku, który stanowi realne zagrożenie i podnosi stawkę, choć nie jest jej jedynym czynnikiem.
Zobacz również: Ranking seriali MCU

Spader z Paulem Bettanym zbudowali paradoksalnie najbardziej ludzką relację ojcowską. Generalnie wśród wszystkich AI panuje rodzinna atmosfera, która w dziwny sposób pozwala utożsamić się z „robotami”. Twórca nie tylko zdołał pozostawić specyficzny dla sztucznej inteligencji sposób komunikacji, ale znalazł w niej balans. A jego źródłem okazują się wcześniejsze przeżycia: E.D.I.T.H. ze Spider-Manem czy F.R.I.D.A.Y. z Tonym Starkiem. Terry Matalas wykorzystuje fanowską nostalgię, aby połączyć ze sobą teoretycznie niepasujące puzzle.
W tym pomaga już prawdziwie ludzki Tommy Shepherd. Ruaridh Mollica aktorsko staje się sercem „programu”, co może zawdzięczyć swojej grze oczami. Sam Tommy jest przede wszystkim postacią napisaną idealnie do konfliktu VisionQuest – szuka własnej tożsamości, miejsca na świecie i wśród ludzi. To właśnie relacja Visiona i Speeda pokazuje, że nie trzeba umieć nazwać uczucia ani w pełni go rozumieć, aby po prostu je czuć. To jest „coś” i to wystarczy. Między tym pojawia się także widmo utraty i nadzieja na odnalezienie najbliższych – Wandy i Billy’ego. VisionQuest wcale nie kończy tych konkretnych wątków, a tak naprawdę stawia fundamenty przed prawdziwym ich zwieńczeniem. Typowo dla Marvel Studios – to w końcu część całego dużego uniwersum.
Zobacz również: Nawiedzony biznes – recenzja 2. sezonu. Duchy mają się dobrze

Intrygująco prowadzone wątki kończą się jednak zwykle niesatysfakcjonującymi zwrotami akcji. Role Jocasty, Paladina czy Lisy Molinari nie sprowadzają się tylko do funkcjonalnych. Postacie drugoplanowe rzeczywiście podejmują swoje decyzje, a główni bohaterowie wzajemnie na nie wpływają. Nie brakuje także dynamiki w relacjach. Niemniej to wszystko wpisuje się w nużące już Marvelowe schematy – zagrożenie dla świata w finale, tajemniczy MacGuffin czy ukryty antagonista sprowadzony do typowego, lustrzanego odbicia protagonisty. I oczywiście, ta struktura działa i dostarcza odpowiednich emocji, a Matalas nawet próbuje ją przełamywać. Tylko że to ładnie opakowany ten sam szary karton ze skarpetkami w środku. W wielu momentach twórcy mogli dokręcić śrubę. Zamiast urozmaicić wątki o znacznie większe napięcie lub odmienne rozwiązania fabularne, trzymają się jednak bezpiecznie barierki melodramatycznej.
Narracyjnie VisionQuest nie wychyla się z szeregu, ale wciąż pozostaje nieszablonowym opakowaniem. Poza wspomnianym światotwórstwem i oryginalną koncepcją, showrunner tworzy nadzwyczajny klimat. To przede wszystkim zdystansowany, groteskowy futuryzm, który akceptuje swoją sztuczność. Jaskrawe, wręcz retrokomputerowe wizualia w umyśle Visiona mocno odstają od dotychczasowych produkcji Marvel Studios. To również sposób na zamaskowanie momentami niedoskonałego CGI, choć jak na serial stoi ono na nienajgorszym poziomie.
Zobacz również: Carrie – recenzja serialu. Każdy ma w sobie odrobinę Lśnienia

VisionQuest nie jest zwieńczeniem trylogii rodziny Maximoff ani nad wyraz innowacyjnym serialem Marvela. Nie można mu jednak odmówić pomysłowości i dopracowanych bohaterów. Tommy, Vision i Ultron tworzą niezapomniane trio. Każda z tych postaci jest wewnętrznie skonfliktowana i poszukuje swojego “ja”, co również przekłada się na dynamikę między nimi. Drugoplanowe postacie także mają swoje pięć minut, choć wiele wątków fabularnych sprowadza się do często wykorzystywanych schematów. Terry Matalas tworzy świat pełen trafnych nawiązań, absurdów i „usterek”, który okazuje się bardziej ludzki niż rzeczywistość. Twórca zdołał wywołać współczucie i prawdziwe zrozumienie dla androidów, łącząc to z naprawdę wciągającą historią.
Mimo narracyjnej powtarzalności to produkcja, która dalej działa i potrafi zaskoczyć humorem lub samym konceptem. Serial z pewnością zadowoli fanów zarówno WandaVision, jak i To zawsze Agatha. A tych, którzy nie widzieli reszty trylogii, prawdopodobnie przekona do nadrobienia zaległości.
fot. główna: kadr z serialu

