Czy nadszedł czas na dobre kino science-fiction w Polsce? Kolejni twórcy próbują swoich sił w tym gatunku, czego przykładem jest film Hot Spot Agnieszki Smoczyńskiej. I choć Czas, który nie nadszedł to także produkcja odrealniona, bliżej jej do naszej brutalnej rzeczywistości. Reżyserka Julia Rogowska, tworząc bogatą futurystyczną dystopię, zapomina ostatecznie o najważniejszym – jej bohaterach.
Debiut pełnometrażowy Julii Rogowskiej miał ogromny potencjał koncepcyjny – sam śledziłem projekt od pierwszych informacji prasowych o jego powstawaniu. Temat starzenia jako tabu brzmi doskonale na papierze, a angaż Agaty Kuleszy do głównej roli również zwiastował solidną produkcję. High-concept o świecie przejętym przez idealny wizerunek młodego człowieka również powinien sprawdzić się w dzisiejszych czasach. W rzeczywistości, która daleko nie odbiega od fabuły filmu Rogowskiej. Czas, który nie nadszedł w praktyce jest jednak wizją bezduszną, przykrytą warstwą uzależniających zdjęć i kilku trafnych tekstów. To ponad półtoragodzinna zapowiedź historii, która właśnie… nie nadchodzi.
Zobacz również: Miłość w świecie strachu. W zawieszeniu Waldemara Krzystka
Agata Kulesza nie musi udowadniać swojego warsztatu aktorskiego. Niedawna rola jako Pani Meliton w Lalce czy występ w Ołowianych dzieciach wciąż stawiają ją na piedestale polskich artystów. Jako Sara w Czasie, który nie nadszedł do pewnego stopnia ratuje pozbawiony dramaturgii scenariusz. Bohaterka Kuleszy fabularnie przechodzi powierzchowną drogę, której celem jest ucieczka od świata, gdzie jest wyrzutkiem. Nie ma tu zmiany. Nie ma tu wielu trudnych decyzji. Aktorka nie ma przestrzeni do gry, ale wciąż znajduje kilka wyjątkowych momentów. Przede wszystkim Agata Kulesza wypada najlepiej w scenach solowych. Między nią a Dobromirem Dymeckim brakuje chemii, a wszelkie pozostałe postacie po prostu występują w fabule. Gdy jednak Kulesza tańczy, przemierza dystopijny świat albo wchodzi do wody – wtedy bohaterka staje się ofiarą, ale i beztroską buntowniczką.
Wyjątkiem wśród sztywnych ekranowych relacji jest Bartosz Bielenia. Żal mi, że jego epizod trwał aż tak krótko. Był przynajmniej dosyć treściwy. Sama postać tworzy lepszą dynamikę z Sarą niż Oskar Dymeckiego, a przy okazji losy Dostawcy kończą się bezlitośnie i zaskakująco wzruszająco. Wprowadzenie do filmu tak naprawdę ma do zaoferowania najwięcej. Ekspozycja odrealnionej rzeczywistości i pobyt Sary w izolacji zarówno mają duszny, żałobny klimat, jak i dają przestrzeń bohaterce do rozpatrywania konfliktów moralnych.
Zobacz również: Primetime – recenzja filmu. Czyszczenie antycznego zła

Oskar jest natomiast postacią skrojoną pod Sarę, którego cechy łatwo sprowadzić do decyzyjnej traumy – opłakiwania podjętego wyboru aż po napisy końcowe. Nie znajdziemy w nim ani tragicznego romantyka, ani ofiary systemu, a jedynie funkcjonalną lalkę. Dobromir Dymecki gra przykładnie do scenariusza, co zaowocowało bohaterem prosto z Listów do M. Gdy Kulesza z wyczuciem mówi o “terminie przydatności”, Dymecki jest wkurzonym chłopakiem, który nie rozumie swojej drugiej połówki. Paradoksalnie najbardziej złożoną postacią okazuje się drugoplanowa Layla – dziewczyna Oskara. Przykład “dziecka” nowego świata, a także kobiety walczącej o swoje dotychczasowe życie. Michalina Łabacz nadaje jej nawet charakter brudnej, egoistycznej altruistki w relacji z Sarą.
Przy tym wszystkim Rogowska dobrze radzi sobie z uwiarygodnieniem starego pokolenia Z i millenialsów. Tekstowo scenarzystka filmu, Małgorzata Piłacińska, nie nadużywa obecnego młodzieżowego slangu. Kulesza kilka razy rzuci słowem pokroju “cringe”, ale z odpowiednim umiarem. Więcej tu nostalgicznych nawiązań do dawnych lat, jednak te wspomnienia przeszłości również dawkowane są subtelnie. Doskonale spełnia się tutaj utwór BUBBLETEA od Quebonafide i Darii Zawiałow, który tworzy pomost między młodością a starością Sary. Przy okazji fenomenalnie i naturalnie łączy Dostawcę i Sarę, czym nadaje ciężar emocjonalny ich późniejszym losom.
Zobacz również: The Social Reckoning : W sieci konsekwencji – recenzja filmu. To mógł być mail

O samej fabule trudno dużo mówić. Poza znanym z opisów zamysłem Czas, który nie nadszedł ma niewiele więcej do zaoferowania. Psychologicznie bohaterowie są zbyt prymitywni i banalni – stereotypowi czterdziestolatkowie z pragnieniem emerytury i czasem chęciami na zmiany. Ostatecznie oczywiście co najwyżej zmieniają fryzurę. I jeśli taki był pomysł Julii Rogowskiej, to znacznie lepiej zadziałałby w krótkim metrażu. Głównym problemem scenariusza jest nużąca powtarzalność informacji. Zamiast skupiać się na dawnej miłości głównych bohaterów, ważniejsza jest opresyjność świata młodości. Wizualnie kraina młodości i technologii nie popada w sztampę, a wiele rozwiązań operatorskich pozwala świat ten pochłonąć. Ostatecznie chłoniemy świat bardziej niż utożsamiamy się z postaciami. Mikołaj Syguda precyzyjnie, stopniowo i płynnie prezentuje obrazy na swój sposób często unikalne, ale pełne powtórzeń ekspozycyjnych.
W scenografii znajdziemy sporo klisz gatunkowych. Jedzenie molekularne, autonomiczne samochody czy “odwrócone” stroje bohaterów – Rogowska po kolei odhacza te punkty z obowiązkowej listy. Podobnie wypada futurystyczne udźwiękowienie. Choć brakuje mu autorskiego sznytu, technicznie tworzy nadzwyczajną przestrzeń. Metaliczne i technologiczne dźwięki wraz z biurowym obrazem rzeczywistości dobrze ze sobą współpracują. Niestety ich przewodnia rola w filmie maskuje wątki samych postaci.
Zobacz również: Najlepsze filmy 2026 roku

Doceniam odwagę reżyserki w realizacji dość ambitnego projektu i konceptu. Julia Rogowska zdecydowanie udowadnia, że polski film z elementami sci-fi może wyglądać i brzmieć na najwyższym poziomie. Ostatecznie twórczyni stworzyła jednak pracę naukową – nie żywe kino. Czas, który nie nadszedł jest monotematyczny, pozbawiony wrażliwości i przede wszystkim do bólu powierzchowny. Fabuła wrzucona jest w wykalkulowaną narrację, która nie daje bohaterom i ich odtwórcom wystarczająco dużo czasu na zbudowanie własnych historii. Produkcja momentami ma przebłyski – kilka naturalnych tekstów, postać Layli czy hipnotyzująca Kulesza. Te chwile dają się zapamiętać. Tylko wśród całego mroku i opresyjności to migająca bladym światłem latarnia.
fot. kadr z filmu

