Street Fighter. Uliczny wojownik – recenzja filmu. Festiwal pięści i żenady

Street Fighter to jedna z tych serii gier, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Fenomen Capcomu zdobył serca fanów gier wideo już w 1987 roku, kiedy to na automatach arcade zadebiutowała pierwsza odsłona serii.

Od tego czasu niewiele się zmieniło. Fani wciąż kochają tę bijatykę za charyzmatycznych i charakterystycznych bohaterów, a sama seria doczekała się kolejnych części oraz adaptacji, w tym filmu z 1994 roku z Jean-Claude Van Damme’em. Tamta produkcja nie zdobyła najlepszych ocen, a sam film określano mianem mocnego średniaka. Teraz Street Fighter powraca z kolejną filmową adaptacją… ale czy coś się zmieniło od tamtego czasu?

Zobacz również: Czas, który nie nadszedł – recenzja filmu. Nie każde pokolenie ma własny czas

Street Fighter. Uliczny wojownik ma jeden poważny problem, który najbardziej rzuca się w oczy podczas seansu. Nowy film Kitao Sakurai’ego nie wie, czym właściwie chce być. Z jednej strony reżyser pokazuje, że doskonale rozumie serię Capcomu – wie, jaki ton powinien mieć Street Fighter i jakimi bohaterami są wojownicy. Każda postać ma nie tylko charakterystyczny styl ubioru i zachowania, ale także własne przekonania, osobowość i cele. Dotyczy to nie tylko odtwórców ról skłóconych przyjaciół, Ryu i Kena Mastersa, ale również postaci drugoplanowych, które pojawiają się na ekranie. Dzięki temu świat Ulicznego wojownika zyskuje dodatkową głębię i jeszcze bardziej intryguje. Widz nie martwi się wyłącznie o protagonistów, ale także o pozostałych bohaterów, którzy po prostu wydają się „fajni”.

Z drugiej strony powaga, którą film stara się budować i – co ważne – naprawdę mu to wychodzi, jest niszczona przez bezsensowne żarty sytuacyjne oraz wyraźnie komediowe zachowania bohaterów. Przez ten zabieg film sprawia wrażenie, jakby sam nie potrafił zdecydować, czym chce być. Poważne sceny, które mogłyby nadać historii odpowiedni ciężar, regularnie przerywają absurdalne żarty i komediowe zachowania postaci. W efekcie zamiast budować spójny klimat, produkcja nieustannie podcina własne skrzydła. Dla niektórych może to być zaleta, bo dzięki temu adaptacja zyskuje luźniejszy tom i stawia przede wszystkim na rozrywkę. Mnie osobiście mocno to przeszkadzało i niszczyło klimat, który mógł wybrzmieć jeszcze mocniej.

Zobacz również: Primetime – recenzja filmu. Czyszczenie antycznego zła

Street Fighter 2
fot. kadr z filmu

Fabuła nie wypada lepiej. Scenariusz zdaje się być napisany wyłącznie w dwóch celach – przedstawienia bohaterów i przygotowania fundamentów pod sequel. Historia absolutnie niczym się nie wyróżnia. Główny wątek, który zdaje się napędzać cały film, ostatecznie zostaje wyjaśniony w najbardziej banalny sposób w końcowym akcie, a jedynym elementem, który go ratuje, są przyzwoite sceny walki. Ogromna szkoda, bo historia Ryu i Kena oraz ich mistrza miała naprawdę ogromny potencjał. Można było ją znacznie bardziej rozbudować i nadać jej większą głębię. Niestety, zamiast tego twórcy zdecydowali się na proste i szybkie rozwiązanie, które ani nie satysfakcjonuje, ani nie sprawia widzowi większej radości.

Innym istotnym problemem jest wątek jednego z antagonistów – M. Bisona. David Dastmalchian, mimo wyraźnych starań, które wkłada w rolę złoczyńcy, nie wypada najlepiej. Bynajmniej nie chodzi tu o grę aktora, ale o sam charakter postaci, jaki nadał jej scenariusz. M. Bison, poza brakiem jakiegokolwiek wyjaśnienia swoich celów i motywacji, nie zostaje w żaden sposób zarysowany. Widz nie ma okazji poznać jego charakteru ani powodów, dla których stał się dyktatorem sprawującym władzę nad całym miastem. Jego postać ma być po prostu zła i niestety mocno rzuca się to w oczy. Przez to Bison nie staje się szczególnie interesującym antagonistą, a jego obecność na ekranie nie buduje takiego napięcia, jakiego można byłoby oczekiwać.

Zobacz również: Digger – recenzja filmu. Najbardziej nowatorska produkcja XXI wieku

Street Fighter 1
fot. kadr z filmu

Street Fighter miał szansę stać się godnym filmowym następcą uwielbianej serii gier. Potencjał był ogromny i widać to zarówno w świetnej scenografii i kostiumach, jak i w narracji, która w poważniejszych momentach naprawdę ma sens i pokazuje kierunek, w którym film powinien podążać. Niestety, z nieznanych mi powodów reżyser stwierdził, że połączenie tych elementów z humorem sytuacyjnym okaże się przepisem na sukces. Być może jest dumny ze swojej decyzji i będzie głośno chwalił się swoim udziałem w adaptacji serii Capcomu. Ja natomiast nie pochwalę się nawet tym, że obejrzałem ten film, bo seans okazał się dla mnie ogromną stratą czasu.


fot. główna: materiały prasowe

Plusy

  • Dobre zrozumienie charakteru postaci z gry
  • Piękne sceny walki

Ocena

3 / 10

Minusy

  • Niewykorzystany potencjał antagonisty
  • Rozczarowująca fabuła
  • Film nie wie, czym chce być
Szymon Piaścik

Dziennikarz, pasjonat popkultury i geek w najczystszym tego słowa znaczeniu. Od dziecka zapatrzony w szklany ekran, uczynił z tego zawód. Dziś patrzy na kino nie tylko oczami widza, ale kogoś, kto wie, ile potu i łez poświęcono, by stworzyć ze skrawku taśmy filmowej, dzieło sztuki.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze