Inna mamusia – recenzja filmu. Szybko i byle jak

Inna Mamusia to filmowa adaptacja książki Coś się dzieje w naszym domu autorstwa Josha Malermana. Sam opis pierwowzoru brzmi jak interesujący materiał, który można by było przekuć w przyzwoity horror. Niestety, koncepcja demonicznej mamusi nawiedzającej rodzinę w kryzysie pozostała ciekawa jedynie na papierze. Próba przeniesienia jej na filmowy grunt okazała się niewypałem.

Po pierwszych kilkudziesięciu minutach nie spodziewałem się, że czeka mnie aż tak negatywne doświadczenie. Głównie dlatego, że Inna Mamusia praktycznie przez cały czas trwania całkiem nieźle się kamufluje. W wielu momentach ulegałem złudnemu wrażeniu, że twórcy, świadomi schematów historii o nawiedzonych domach i demonicznych istotach, nieco pobawią się tym konceptem, a może nawet wywrócą go do góry nogami, serwując coś zupełnie świeżego. Okazuje się jednak, że za tym błędnym przeświadczeniem ukrywa się produkcja chaotyczna i bez pomysłu na siebie. Mimo to sekwencja otwierająca, którą prawie w całości mogliśmy zobaczyć w zwiastunie, jest naprawdę udana. Inna Mamusia bez skrępowania od razu manifestuje swoją obecność, a także ujawnia motywację. Młoda Isabella, którą zainteresowany jest demon, oraz jej ojciec Russell szybko stają oko w oko z sobowtórem matki dziewczyny, Ursuli. Już po chwili rodzice Isabelli uświadamiają sobie, z czym będą musieli się zmierzyć.

Zobacz również: Street Fighter. Uliczny wojownik – recenzja filmu. Festiwal pięści i żenady

Spodobało mi się tempo, które twórcy narzucili na samym początku. Niestety, równie szybko jak film pędzi, tak spada jego jakość. Trzyosobowa rodzina cały czas ucieka przed drugą mamą, nie mogąc znaleźć sposobu na jej powstrzymanie. W zasadzie całą produkcję można rozdzielić na kilka bliźniaczych segmentów. Każdy z nich to starcie z demonem na innym planie zdjęciowym. I prawdę mówiąc, tylko miejsce się zmienia, bo u podstaw dostajemy cały czas jedno i to samo. Rodzina ucieka, przeżywa ciężkie chwile, następnie wspólnie próbuje ustalić plan działania. W międzyczasie zjawia się Inna Mamusia i upomina się o Isabelle. Ostatecznie całej trójce udaje się ujść z życiem. Skopiujcie i wklejcie ten schemat kilka razy. Film gotowy.

Rob Savage i Nathan Elston zupełnie zapominają o bohaterach, jedynie kopiując i przeklejając ich razem ze wspomnianym szablonem. Absolutnie nie czuć, żeby cały ten koszmar, którego doświadczają, choćby w najmniejszym stopniu na nich wpływał. Z początku poświęca się im nieco czasu, pokazuje ich problemy, a w każdej interakcji podkreśla kryzys małżeński, tak, żeby widz na pewno zrozumiał. Zupełnie nie ma to znaczenia. Bohaterowie, tak samo jak akcja filmu, utykają w pętli i zmierzają donikąd. Oczywiście, w finałowej sekwencji rodzice nagle podejmują słuszną i istotną decyzję, która ma kluczowy wpływ na zakończenie. Isabella natomiast odbywa jedną rozmowę z babcią, która jest decydująca w jej starciu z nękającym ją demonem. Bardzo to wszystko naiwne. Nie pomaga też przeciętna gra aktorska. Na uznanie zasługuje jedynie młoda Arabella Olivia Clark w roli Isabelli, która w zasadzie ma najwięcej czasu ekranowego. Jessica Chastain jako Inna Mamusia wypada co najwyżej groteskowo, na pewno nie przerażająco.

Zobacz również: Clayface – recenzja filmu. Jak kręcić body horror i nie pisać scenariusza

Inna mamusia
Kadr ze zwiastuna

Wraz z upływającymi minutami zacząłem zauważać coraz więcej niekonsekwencji i beznadziejnych decyzji twórców. W kwestii samego demona poczułem się oszukany. Co z tego, że przybrał on postać matki dziewczynki, skoro ani razu nie jest to wykorzystane. Twórcy tylko na początku sugerują nam, że będzie to istotny element układanki. Brakuje tutaj grozy i jakiegokolwiek nastroju. Antagonistka pojawia się nagle, aby pchnąć akcję do przodu i wygonić rodzinę do kolejnej kryjówki. Przy okazji coś dewastuje albo kogoś zabija. Tym samym ciężko mi zrozumieć dylemat Isabelli odnośnie tego, czy może zaufać piekielnej matce. Praktycznie ani razu nie próbuje ona zjednać sobie dziewczyny, przerażonej tym, co demon wyprawia. Wszelkie detale dotyczące postaci czy wydarzeń, które staramy się wyłapać w nadziei, że będą miały one wpływ na odbiór produkcji, są całkowicie bez znaczenia.

Za każdym razem, gdy film robi krok do przodu w celu ominięcia sztampy i zaskoczenia nas, zaraz potem robi dwa kroki w tył, wpadając w utarte do bólu schematy. Z drugiej strony, bardzo często, gdy twórcy starają się nadać filmowi charakter, w najlepszym wypadku wywołuje to konsternację. Na przykład tylko jedna ze śmierci ukazana jest tak szczegółowo i brutalnie, że mogłaby się pojawić w kolejnej części Martwego Zła. Zupełnie wybija to z rytmu. Przez większość filmu towarzyszy nam niczym niewyróżniająca się muzyka. Nagle dostajemy jeden moment, w którym na pierwszym planie pojawia się elektroniczny motyw, zbliżony do muzyki techno. Oczywiście, nigdy więcej czegoś podobnego nie usłyszałem. Ciężko mi również zrozumieć zakończenie. Nie chcę otwarcie przyznawać, że jest bezsensowne, bo być może ciężka przeprawa przez film sprawiła, że coś mi umknęło. Zasugeruje jedynie, że ma się ono nijak do całości.

Zobacz również: Hunt: Showdown – recenzja gry

Inna mamusia
Kadr ze zwiastuna

Z początku Inna Mamusia zapowiada się jako niezła rozrywka. Film, w którym będzie się działo naprawdę dużo i nie będziemy narzekali na nudę. Prawda jest jednak taka, że nie dzieje się tutaj nic. Najnowszy horror Roba Savage’a przemknie wam przed oczyma i nie pozostawi po sobie żadnego śladu. Bywa zabawny i angażujący, jednak bardzo szybko zostaje to zaprzepaszczone. Produkcja jest przepakowana akcją, więc przez większość seansu zalewają nas słabe efekty specjalne. Tym bardziej ciężko jest doszukać się pozytywnych stron, gdy spojrzymy na to, jak dobre horrory dostaliśmy w tym roku. Wszystkiego tutaj za dużo, a jednocześnie brak spójnej, klarownej wizji.


fot. główna: kadr ze zwiastuna

Plusy

  • Otwarcie filmu i wprowadzenie Innej Mamusi.
  • Całkiem niezła rola Arabelli Olivi Clark.

Ocena

3 / 10

Minusy

  • Brak spójnej, klarownej wizji w każdym aspekcie produkcji.
  • Przeciętne efekty specjalne.
  • Beznadziejnie poprowadzeni bohaterowie oraz historia.
Robert Stefaniak

Dzień dzieli między pracę w e-commerce a pochłanianie filmów i muzyki. Jeżeli akurat nie ogląda jakiegoś starego horroru, to zapewne słucha czegoś głośnego i ekstremalnego. W wolnych chwilach zgłębia świat gier retro. W przeszłości maniakalnie dążył do opanowania każdego utworu Nirvany na gitarze.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze