Po czterech latach przerwy Szczyl powraca z albumem przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze. Czy naprawdę warto było tyle czekać?
Znacie to uczucie, gdy jeden z Waszych ulubionych artystów wraca po dłuższej przerwie? Właśnie to dziwne szczęście towarzyszyło mi przy odsłuchu kolejnych singli zapowiadających nowy album Szczyla – przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze. W końcu doczekałam się szczerych tekstów i genialnych, chaotycznych kompozycji, które składają się na solidny, prawie godzinny materiał.
Zobacz również: metro – 365 widoków na przyszłość – recenzja albumu. Nie mogło być lepiej
Na przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze trudno znaleźć typowy, przewodni motyw. Zamiast skomplikowanego konceptu Szczyl serwuje zbiór przemyśleń młodego artysty. W utworze Dla Ciebie kończy przerwę wydawniczą i wraca do miejsc, do których nie chce wracać. Jest dojrzalszy i bardziej świadomy, a przy tym ujawnia swoją wrażliwą stronę. Pokazują to chociażby wplecione w płytę skity – nagrania, w których rodzice rapera snują emocjonalne opowieści. Jedno z nich, Jezu ja tak płakałem interlude – jednocześnie zabawna i wzruszająca historia o wakacjach nad morzem, miłością do psa i rozstaniem – wprowadza do szczerej refleksji nad sukcesem, poklaskiem i szczęściem zawartej w Ocelocie:
Nie szukam pochwały wśród ludzi, których nie czuję
Tam, gdzie trawa jest zieleńsza, znów czegoś ci brakuje
Nie odnajdziesz szczęścia, za dużo potrzebujesz
Z następnych piosenek wyłaniają się podobne spostrzeżenia. Utwory Taxi i Cuda obnażają postawy ludzi, którzy leczą smutek pieniędzmi i sprzedadzą się za reklamę Żabki. Z kolei Radijo uderza w pokolenie, które – jak ujmuje sam Szczyl – żyje seksem i używkami. Sedno albumu wypływa jednak z przedostatniego kawałka, Ciszy, w którym padają słowa: Nie muszą kochać mnie podwórka […] / To dalej moja pasja, nie wymęczona fucha.
Zobacz również: Zły – recenzja spektaklu. Warszawa w cieniu AI
Przy odsłuchu płyty największą uwagę przykuwają charakterystyczne, surowe, wręcz metaliczne beaty wyprodukowane w głównej mierze przez Bruna i Tymka Papiora. Większość jest utrzymana w estetyce noir, którą tworzy już pierwszy utwór, Citysong. Tempo stopniowo przyspiesza, a spod perkusyjnej melodii zaczynają wybijać się dźwięki syren policyjnych. Surową, pełną suspensu stylistykę kontynuują chociażby Cuda, które idealnie wkomponowałyby się w potencjalną ekranizację Złego Leopolda Tyrmanda, czy Wdychamy to miasto – kawałek najbardziej chaotyczny spośród całości, ale zarazem hipnotyzujący i zapadający w pamięci. Nieopanowane uderzenia w talerze perkusji szybko zostają zagłuszone wyrazistym, chropowatym wokalem Szczyla, zyskując na sile dopiero w refrenie i wywołując ciarki.
Płytę inspirowaną kinem noir urozmaica Hubert., który udziela się w utworze Wolne popołudnia w Polsce. Szczyl i Nolyrics, producent kawałka, prezentują zupełnie inną, zdecydowanie prostszą warstwę instrumentalną. Na moment porzucają chaotyczne, z pozoru niepotrzebne detale – nie tylko wspomniane wyżej syreny policyjne, ale też ciche, metaliczne dźwięki czy elementy lofi – i dostosowują się do stylu gościa. Chwilowa zmiana muzycznego rewiru, choć niewielka, pozwala odbiorcy odetchnąć od cięższej atmosfery pozostałych kompozycji, takich jak Paranoia, która za pomocą syntezatorowej sekwencji wnosi do całości magiczny pierwiastek.
Zobacz również: Hubert. – sie porobiło… – recenzja płyty
O ile Hubert. daje płycie powiew świeżości, nie do końca mogę powiedzieć tego samego o Kasi Lins pojawiającej się w kawałku Blok. Artystka nie przenosi nas do swojego muzycznego świata, ale nie ma się co dziwić. Estetyka Lins jest na tyle blisko Szczyla, że w zasadzie niczego nie wnosi swoim występem. Okej, ładnie śpiewa refren, a jej głos kontrastuje ze zwrotkami rapera – to by było na tyle, nic wyjątkowego.
Niestety nie tylko Kasia Lins zawodzi. Chociaż Szczyl świetnie odnajduje się na nietuzinkowych beatach, momentami pokonuje go artykulacja. W efekcie nie jestem w stanie zrozumieć niektórych słów. Dzieje się tak w Twoim nieszczęściu, w którym jeden niechlujnie wypowiedziany wyraz sprawia, że cały wers staje się kompletnie niezrozumiały (Gdzieś, gdzie [?] jak pizzę, aż wypłynie na ulice). W przypadku numeru Michelle Pfeiffer niewyraźnych fragmentów jest więcej, a szkoda, bo to przyjemny, nie do końca rapowy kawałek oparty na dynamicznym, bardziej imprezowym beacie.
Zobacz również: Spider-Noir – recenzja serialu. Na takiego pająka czekałem
Pomimo drobnych potknięć przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze jest powrotem, na który warto było czekać. Szczyl nie próbuje udowadniać, że wciąż jest na szczycie, ani gonić za trendami czy pieniędzmi. Zamiast tego pod surowością i estetyką noir ukrywa to, co jest najważniejsze – wrażliwość, autentyczność i radość z tworzenia. Nie wszystko jest idealne… Goście nie zawsze spełniają oczekiwania, a niewyraźna artykulacja potrafi zepsuć odbiór poszczególnych utworów. Mimo wszystko przedwczoraj, dzisiaj, pojutrze brzmi inaczej niż większość tego, co obecnie się ukazuje, a chropowaty wokal i szczere przemyślenia czające się pod hipnotyzującymi beatami świadczą o tym najlepiej.
