Free Guy – recenzja filmu. NPC Truman

Wychodzi na to, że obecny wakacyjny sezon w kinach, przynajmniej pod kątem jakości oferowanych przez wielkie studia blockbusterów, będzie można uznać za udany. Poza kilkoma wtopami (Czarną wdową oraz podobno nowym Kosmicznym meczem – podobno, bo jeszcze się na niego nie wybrałem) w te wakacje można było obejrzeć kilka naprawdę dobrych produkcji, które dostarczyły rozrywki. Od ostatniego piątku na ekranach mamy kolejną z nich – Free Guy w reżyserii Shawna Levy’ego..

Tytułowy bohater Free Guy jest pracownikiem banku. Dopada go życiowa rutyna. Codziennie wstaje o tej samej porze, kupuje tę samą kawę i idzie do tej samej pracy, wystawiać losowym ludziom te same czeki i wyciągi. Życie zmienia mu się pewnego dnia, kiedy obserwuje dziewczynę. Ona dosłownie pokazuje mu świat. Świat, który wbrew jego wcześniejszemu mniemaniu jest grą komputerową.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy podczas seansu to fakt, jak dużo ten film, jak na wakacyjnego blockbustera do popcornu, ma pól do rozważań, interpretacji oraz ciekawych wniosków, które wysnuwa podczas seansu. Z lat 90. jako jeden z moich ulubionych filmów tego okresu pamiętam Truman Show, z którym podczas seansu Free Guya znalazłem kilka punktów stycznych. Choć tematyka i profil głównego bohatera jest dość podobny, został tu przetworzony od zupełnie innej strony. Kiedy Truman był jedynym prawdziwym gościem w kreowanym sztucznie na realny świecie, Guy jest właśnie NPC-em, wrzuconym w wirtualnie zamieszkany świat prawdziwych ludzi, przefiltrowany przez influencerskie podejście graczy XXI wieku. Wnioski płynące z obu historii są jednak dość podobne.

Zobacz również: Logitech G923 – test popularnej kierownicy

Kolejnym podobieństwem do wspomnianego filmu Petera Weira z 1997 jest wyglądające na celowe wyłożenie się na uwiarygodnieniu widzowi świata przedstawionego. Ponownie bowiem miałem wrażenie, że oglądam coś, w co nie chce uwierzyć, jednakże nikt mi tego robić nie każe. Odrealnienie (tu dość oczywiste) zarówno gry, jak i realnego świata, z chciwym szefem korporacji krzyczącym wyłącznie Sequeeel, róbcie sequeeel! pozwala bardziej skupiać się na samych bohaterach opowieści i naszym Guyu, który przecież właściwie… nie istnieje! Co to może oznaczać? Nad tym będziemy się zastanawiać cały seans…

fot. kadr z filmu Free Guy (2021)

…bo zastanawiania się nad kondycją współczesnej popkultury i gubieniem przez nią tożsamości jest tu całkiem sporo, a wnioski, do których prowadzi film, są na tyle ciekawe, że nie budzą poczucia straconego czasu podczas seansu. To naprawdę oryginalna tyrada na temat tego ile duszy jest we współczesnych tworach popkultury i czy czasem jako ich twórcy i użytkownicy, w pogoni za bezmyślnym poczuciem czy dochodem, nie zapominamy się. Są to rzeczy, które dość dobrze rezonują z problemami współczesnego kina rozrywkowego i coraz bardziej bezkształtną masą, jaką takowe się staje. Tego poziomu autorefleksji nie spodziewasz się po filmie Disneya.

Cameos lepsze niż te ze Stanem Lee? Niemożliwe? A jednak!

Jest również to cameo, o którym wszyscy, którzy już byli na seansie na pewno wiedzą, a Ci co nie byli niech nie wiedzą, bo to naprawdę duża doza zaskoczenia. Ja jako człowiek dostający białej gorączki na sam dźwięk tego słowa, widzący kilkusekundowe świecenie znanymi twarzami po nic tysiące razy, odebrałem je jak najbardziej pozytywnie. Raz – że jest zabawne, a dwa – że w sumie zgrywa się z wymową sceny której dotyczy. Zrodziło się przecież w głowie opętanego sequelozą antagonisty, w którego bardzo dobrze wciela się Taika Waititi.

Zobacz również: Holiday – recenzja filmu. Szukając siebie | Tracąc siebie

Reżyser Jojo Rabbit nie jest jednak jedynym, kto błyszczy w tej obsadzie. Reynolds jest Reynoldsem, ale wydaje mi się, iż właśnie Ryana Reynoldsa tu potrzeba w roli nieświadomego czym właściwie jest wytworu gry komputerowej. Zgrabnie łączy konieczną dla roli nieistniejącej w normalnym świecie postaci powściągliwość z pokładami charyzmy. Choć długo wydaje się w całym konflikcie właściwie nieistotny, odciska wyraźne piętno na filmie. Przy okazji widać, że od Deadpoola wyraźnie się w wysokobudżetowym kinie rozwija, grając za każdym razem trochę lepiej i w trochę lepszych produkcjach.  Obok niego są Jody Comer i Joe Keery. Ta pierwsza, znana z bycia mityczną matką Rey w Skywalkerze. Odrodzeniu ma teraz nieco bardziej udane dziecko.

fot. kadr z filmu Free Guy (2021)

Byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby czar nieco nie prysł podczas oglądania zakończenia tej historii. Wtedy to dowiadujemy się, że to, co nas najbardziej intrygowało, jest nieco bardziej płaskie, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Jest to o tyle smutniejsze, że niedopowiedzenie końcówki historii w kwestii tytułowego bohatera byłoby znakomitym jej dopełnieniem. Dopełnieniem, które nawet nieco bardziej usprawiedliwiałoby sequel, który zaraz po premierze dostał zielone światło. Cały czas jednak można z drugiej części wykroić dobrą historię. Ważne tylko, żeby nie robił go Taika Waititi. Ten z Free Guya, ten prawdziwy jak najbardziej może.

Plusy

  • dużo ciekawych przemyśleń jak na głupawy blockbuster
  • to cameo, które nie tylko jest fajne ale i ma sens
  • NPC jako główny bohater filmu to świetny pomysł

Ocena

7 / 10

Minusy

  • spłycające nieco wymowę zakończenie
Łukasz Kołakowski

Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze