Zupa nic – recenzja. Szary PRL… w ciepłych barwach!

Bywało, że pazur czasu nie obchodził się z mieszkańcami naszego kraju łagodnie w czasie trwania poprzedniego ustroju politycznego. Trochę było tak w mojej rodzinie, pewnie w Twojej też. Ta komuna – wspominają z goryczą niekiedy rodzice i dziadkowie. Brudno, szaro, biednie, gorzej niż na Zachodzie. Ale i wtedy, z pomiędzy zwartego splotu Żelaznej kurtyny, przenikały ciepłe promienie słońca. Wydawać by się jednak mogło, że nie da się zrobić ciekawego filmu o zwykłych ludziach z tamtych lat… I wtedy przychodzi Kinga Dębska ze swoim filmem Zupa nic pokazuje, że jest całkiem inaczej!

Tuż po seansie Zupy nic miałem pewien problem z przyporządkowaniem jej do konkretnego gatunku filmowego. Czy to komedia familijna czy raczej film obyczajowy? A może nawet fabularyzowany dokument o życiu w poprzedniej epoce? Do teraz tego nie wiem, ale wiem już to, że to nie jest ważne! Co jest ważne – Zupa nic to film o życiu i rodzinie. I ja jakoś tej odmianie słowa rodzina przez filmowe przypadki ufam o niebo bardziej, niż Dominicowi Toretto wypowiadającego głodne kawałki o ważności rodziny chociażby i tysiąc razy.

fot. Marcin Makowski/Maku Fly
Przepraszam, z czym ta zupa?

…i o kim opowiada Zupa nic Kingi Dębskiej? Nie skłamałbym twierdząc, że na równi przedstawia historię z poziomu trzech postaci – mamy – Elżbiety, taty – Tadka oraz starszej córki – Marty, przy czym chyba największy nacisk kładzie się na ukazywanie historii oczami tej ostatniej. To co jednak jest pięknego w narracji filmu to to, że daje ona wspaniale zbalansowaną perspektywę – problemy Marty w szkole są równie poważne co Elżbiety w pracy – mowa tu o ujęciu, które pokazuje, że życie dorosłe też bywa miejscami błahe, a życie dzieci również miewa swe troski i problemy.

Zobacz również: Free Guy – recenzja filmu. NPC Truman

Marta jest trochę szkolnym przegrywem, który odnajduje niespodziewanie swą pierwszą miłość. W tej świetnie zagranej postaci czuć pewien sznyt znany z książek Małgorzaty Musierowicz, ale. oczywiście. także autorską kreację Kingi Dębskiej. Mama Elżbieta z kolei to niespokojny duch, z sercem walecznym na miarę Joanny d’Arc, co jednak nie jest zbyt korzystną konfiguracją w okresie PRLu… Jej mąż, Tadek, to przedstawiciel klasy średnich intelektualistów. Spokojny, wrażliwy, łysawy facet z kompleksami jak każdy w tym wieku. Nie jest ideałem, ale kocha swoją żonę i córki na zabój. Podejrzewam, że kocha nawet teściową (w tej roli fenomenalna Ewa Wiśniewska!).

fot. Marcin Makowski/Maku Fly

Chociaż film żongluje trochę stereotypami to – w co aż sam nie potrafię uwierzyć! – robi to w taki sposób, że nie są one oklepane, odpychające jak to na powycierane stereotypy przystało. Użyto ich, aby lepiej zaprojektować historię naszych bohaterów. Upraszczają, ale nie do stopnia, który ujmowałby czegoś bohaterom. A ci są naprawdę zjawiskowi – każda rola ma barwę, charakter. Role dziecięce zasługują tu na wyróżnienie – nie są przeaktorzone (co młodym aktorom może się zdarzać), a jednocześnie mają ogromne pokłady wiarygodności.

Zaczyna się od hymnu, więc będzie grubo pojechane!

Film Kingi Dębskiej to jest, w ogóle, magia. Zrobiła film o rodzinie w PRLu, który jest ciekawy. Jest trochę niepokorny, ale bezpretensjonalny. Ma peerelowską szarość, ale zarazem rodzinną, intrygującą głębię barw. Dębska jak dotąd nikt inny zdaje się być mistrzynią w sprawianiu, że oksymoron nie jest oksymoronem – zachowuje świetny balans w komponowaniu na ekranie żywiołów, które na co dzień się wykluczają.

fot. Marcin Makowski/Maku Fly

Jednak nie samą świetną grą film ten stoi. Kompozycja muzyczna to także mocny element filmu – mamy tu hymn na początku, później natomiast Lady Pank, a po nim italo disco (oj tak, poproszę…). Dzieło Dębskiej to produkcja równie serdeczna, co miejscami zuchwale puszczająca oczko i mająca swój własny pazur. Mamy tu także do czynienia ze stylizowaniem kilku scen na te charakterystyczne, archiwalne klipy w monochromie, a w innym miejscu film bawi się ustawianiem kadru i ujęciem kamery. Nie można tu zarzucić dogmatyzmu i oklepania w kompozycji – Kinga Dębska mogłaby osiąść na laurach, robić film na jedno kopyto jak to się w Polsce robi. Ale – niech jej za to będą dzięki – tak nie robi. Dzięki temu ten film to prawdziwie apetyczny, kinowy kąsek w sosie słodko-pikantnym.

fot. Marcin Makowski/Maku Fly
Jaka konkluzja, Towarzyszu Recenzencie?

Film Dębskiej to bezbłędny przykład kina na skraju całkowitej prawdy i krzywego zwierciadła – granica między tymi dwoma tak naprawdę się tu zaciera! Pani reżyser stworzyła rodzinę, która jest podobna do każdej – po to były te lekkie stereotypy. No… może jedynie postać babci jest trochę przerysowana, ale i tak ma swój urok. Różnorodność sposobów przedstawienia historii i jej spójność to kolejne harmoniczne połączenie przeciwnych aspektów – jest oryginalnie, ale i bardzo gładko, spójnie. Zupa nic to film o rodzinie, o umiłowaniu życia, o tym że zwykłość to piękno i że każdy ma swoje troski. Emanuje on pokładami ciepła większymi niż nieosłoniony reaktor termojądrowy i intryguje świeżą prezencją. To film o urywaniu z życia trochę szczęścia w szarej, nie zawsze przychylnej rzeczywistości.

Plusy

  • autentyczne, kinowe ciepło
  • cudowna obsada, wspaniałe postacie!
  • kadry - najlepsze, najpiękniejsze. Zwłaszcza na koniec, podczas jazdy Maluchem!

Ocena

9 / 10

Minusy

  • ktoś wrażliwy na stereotypy może się skwasić w kilku miejscach
  • chociaż serdeczne, raczej specyficzne to kino
  • nie ciekawi Cię ani trochę miniona epoka? No to lepiej nie oglądaj
Maciek Rugała Opublikowane przez:

Zapalony fan Fallouta i Gothica, sympatyk twórczości Christophera Nolana, wielbiciel gorącego rosołku w niedzielę

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze