Batman – recenzja filmu. Gacek, którego potrzebowałem

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Batman Matta Reevesa ujrzał światło dzienne. Jak wypada najnowsza produkcja z człowiekiem nietoperzem?

DC ma spory problem. Od czasu, gdy Nolan pożegnał się z przygodami Mrocznego Rycerza, a Marvel starannie i inteligentnie zbudował swoje filmowe uniwersum, rodzime studio Gacka, Supermana czy Wonder Woman wciąż próbuje coś zrobić. Co? Nikt chyba tego do końca nie wie, włącznie z prezesami Warnera. Niby kinowe uniwersum DC ciągle zipie i dostajemy zapowiedzi kolejnych produkcji, ale  jednocześnie powstają z tymi bohaterami filmy, które do DCEU już nie należą… I jak się też okazuje – mają znacznie więcej jakości niż wszystkie produkcje filmowego uniwersum DC razem wzięte.

Zobacz również: Peacemaker – recenzja serialu. Hard Rock and Black Ops

I muszę was w tym miejscu uprzedzić i niejako przeprosić, ale to nie będzie długa recenzja. Zwyczajnie ciężko mi się rozpisać o nowym Batmanie. Zapewne mógłbym zanudzić was ścianą tekstu na pisiont stron – przeprowadzić dokładniejszą analizą porównawczą między poprzednimi produkcjami o Mrocznym Rycerzu, mógłbym rozkładać fabułę na czynniki pierwsze albo wypisać wszystkie smaczki i easter eggi zamieszczone przez twórców. Wydaje mi się jednak, że clou tej recenzji powinno stanowić to, czy po pierwsze Batman to dobry film, a po drugie jak wypadają kultowi bohaterowie w swoich nowych odsłonach.

Tak, Batman Matta Reevesa to tytuł, który zdecydowanie można postawić na półce obok Jokera, a nie potworków pokroju Batman v Superman. I tak jak Joker zaprezentował nam całkowicie inne spojrzenie na postać księcia zbrodni, tak i nowy Batman ukazuje obrońcę Gotham w zupełnie nowym klimacie. Klimacie, który znałem z komiksów, a który chciałem zobaczyć w końcu na dużym ekranie. Otóż dostajemy tu Batmana jako początkującego detektywa w brudnym i mrocznym kryminale noir. Nareszcie, mokry sen każdego fana Nietoperka się ziścił i zaserwowano nam miszmasz komiksów Rok Pierwszy Długie Halloween, oblany sosem z Siedem Finchera.

Zobacz również: Belfast – recenzja filmu. Kenneth, nie Kenny

Absolutnie nie spodziewałem się takiego filmu. The Batman można najprościej podsumować spotkaniem Mrocznego Rycerza z Watchmenami. Jak na dobry kryminał noir przystało, Reeves zdecydowanie się nie śpieszy z tempem filmu. Na początku mi to przeszkadzało, ale z czasem doszedłem do wniosku, że działa to jak najbardziej na korzyść całego obrazu. Jest jednak troszeczkę za długi, a co za tym idzie finałowy akt filmu wydaje się być nieco rozwleczony. Niemniej, całościowo jest to film, który powinien zobaczyć każdy fan Gacka i to od razu najlepiej na dużym ekranie. Ciekawi mnie, jak dalej rozwinie się ta seria pod okiem Reevesa, ale jeśli zachowa ten klimat, to być może będziemy mieć do czynienia z najlepszą sagą o Batmanie w historii.

Jest to dla mnie fascynujące, że dostaliśmy już szóstą czy siódmą wizję Człowieka Nietoperza i właściwie każda się od siebie diametralnie różni. I powiem wam, że Pattinson jako Batman to moja ulubiona wersja tego bohatera, jaką widziałem w filmach. Nie mówię, że najlepsza, bo umówmy się, że świat Batmana jest tak szeroki i głęboki, że nie da się wybrać najlepszego – można co najwyżej ulubionego. Wizja Reevesa na tę postać pokazuje młodego i niedoświadczonego Bruce’a Wayne’a. Człowieka przepełnionego gniewem i smutkiem, rządzą zemsty i wymierzenia sprawiedliwości. To Batman na początku swojej długiej drogi, który dopiero kształtuje zarówno siebie jak i swoją legendę, który dopiero oddzieli postać Bruce’a Wayne’a od swojego zamaskowanego alter-ego.

Zobacz również: Legion Samobójców – recenzja filmu [DVD]. Jamesa Gunna punks not dead

Raduje mnie również świeże podejście i nieco inna wizja można by pomyśleć wyeksploatowanych bohaterów. Największe wrażenie robi tu oczywiście Riddler, który kojarzył się raczej ze sfrustrowanym geekiem lub zwariowanym kretynem. Tu? Jest absolutnie przerażający, a na swój sposób można mu nawet… Kibicować? Jeffrey Wright to chyba mój ulubiony Gordon. Tworzy naprawdę udany duet z Batmanem, czuć między nimi równe partnerstwo, czego brakowało mi u Nolana. Pingwin (cóż za charakteryzacja!) został wyrwany wprost z Goodfellas albo innego Sopranos, ale mi to jak najbardziej odpowiada, szczególnie po abominacji, którą moim zdaniem był Pingwin z serialu Gotham. Alfred w końcu przydaje się do czegoś innego, niż smutnych monologów i parzenia herbaty, więc jest to też miła odmiana. I choć Selina Kyle w wykonaniu Zoe Kravitz może mnie nie porwała tak jak dekadę temu zrobiła to Anne Hathaway, to trzeba przyznać, że jej wersję Catwoman chce się oglądać na ekranie.

Wniosek jest taki, że po tych wszystkich śmieszkowych Marvelach, którym obecnie coraz bliżej do Mody na Sukces oraz innych, jakościowo padacznych DCEU, dobrze dostać mroczny i poważny film z Gackiem  w roli głównej. Lata mijają, a twórcy filmowych Batmanów niezmiennie wyznaczają nowe standardy w kinie superbohaterskim – najpierw Burton, potem Nolan, a obecnie Reeves. Takie filmy na podstawie komiksów to ja szanuję!

Plusy

  • Mroczny i brudny kryminał noir
  • Świeże podejście do kultowych postaci
  • Cóż za muzyka, Panie Giacchino!

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Mógłby być krótszy, bo ten trzeci akt to tak nie do końca pomyślany został
  • Scena z "white privilege" oraz pewnym jegomościem - ouch...
Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Skaza

Ja już wiem, że to będzie mój film roku.