Furiosa: Saga Mad Max – recenzja filmu. Niczym deskorolka z silnikiem diesla

Uniwersum Mad Maxa nie przestaje zaskakiwać. George Miller po raz kolejny udowadnia, że w jego marce–dziecku wciąż drzemie potencjał na opowiedzenie wielu dotychczas nieznanych historii. Z zapałem prawdziwego pasjonata wprowadza nowe frakcje, miejsca, bohaterów, a nawet mapy. Szkoda tylko, że w tym światotwórczym szaleństwie najmniej interesuje go historia tytułowej bohaterki.   

Furiosa: Saga Mad Max – prequel do Mad Max: Fury Road – trafia wreszcie na ekrany kin na całym świecie. Po 9 latach epicka podróż przez jałowe pustkowia nadal trwa, a z pozoru upadły świat rozszerza się po raz kolejny. Po raz pierwszy w historii serii odbiegamy jednak wydarzeniami od losów Maxa, udając się bezpośrednio do nowych, niezbadanych dotąd zakątków pełnych życia i bujnej roślinności. To właśnie stamtąd porywacze z gangu motocyklowych nomadów porywają Furiosę (Anya Taylor-Joy), która później tatuuje sobie gwiezdną mapę powrotną na ręku. Przy takich detalach oraz dobrze znanej fanom serii dynamice akcji opływającej oparami benzyny, najnowszy wpis w sadze Mad Maxa lśni najmocniej. Wraz z czasem trwania filmu coraz trudniej ukryć fakt, że nie ma tu specjalnie pomysłu na historię do opowiedzenia.

Zobacz również: Godzilla i Kong: Nowe imperium — recenzja filmu. Atomowy wrestling

Elementem, który rzuca się w oczy niemal od razu, jest bardziej bezpośrednie podejście do portretowania brutalności. Już na samym początku ukrzyżowanie matki Furiosy przygotowuje nas na nadchodzący sadyzm, w szczególności ze strony Dementusa (Chris Hemsworth). Brak poszanowania ludzkiego życia jest niejako spójny z regułami tego świata, jednak od czasu pierwszej części nie dotyczyło to imiennych bohaterów. Zazwyczaj był to element scenografii mający wywołać chwilowy szok u widza. Tymczasem najnowszy film próbuje wrócić do korzeni, pozwalając bohaterom delektować się swoim okrucieństwem. Jednak żadna z przedstawionych scen nie uderza do końca tak, jak powinna.

Dementus, który przygarnia Furiosę jako swoją maskotkę, ma zwariowane, slapstickowe poczucie humoru, które dodatkowo potęguje groteskowy australijski akcent, parodiujący czasy złotej ery kina Ozploitation. Prawdopodobnie ma to złagodzić jego niegodziwość, ale Hemsworth nie jest wystarczająco zabawny ani wystarczająco zły, aby jego występ był w stanie zapaść w pamięć. Natomiast samo dążenie Furiosy do zemsty za porwanie i śmierć matki dodatkowo zmniejsza dynamikę narracji. Jako widzowie zwyczajnie wiemy, co czeka tę bohaterkę w Fury Road, więc dość szybko możemy się domyślić zakończenia. Trudno poczuć, że stawka jest wysoka, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogólne prowadzenie powierzchownie zarysowanego motywu zemsty.

Zobacz również: Kaskader – recenzja filmu. Kciuk w górę

Furiosa: Saga Mad Max
kadr z filmu Furiosa: Saga Mad Max | Warner Bros Pictures

Sprawy nabierają tempa, gdy Furiosa, milcząca przez większość czasu, zaciąga się do pracy jako mechanik. Dzięki swojej niezawodności zaczyna pracować na opancerzonej ciężarówce-krążowniku. Dostaje przydział u boku Jacka (Tom Burke) – ponurego osobnika do bólu przypominającego Maxa z Fury Road. Po kilku wspólnych i udanych konwojach oboje zaczynają czuć do siebie sympatię, choć przypisywałbym to bardziej instynktowi przetrwania.  Burke momentami wydaje się źle obsadzony, ale jego stalowa cisza zaskakująco dobrze komponuje się z brakiem chęci odzywania się Furiosy, dzięki czemu przynajmniej mogą pomilczeć razem. Jeśli zaś chodzi o główną gwiazdę tego widowiska, to zdecydowanie lepiej wypada jako buntowniczka-niemowa, opierając się jedynie na grze mimiką. Jej intensywne, nastrojowe spojrzenie odzwierciedla doświadczoną traumę, ale to nie wystarcza, by zapewnić postaci rozwój poza ogólny zarys drogi, jaką przebywa.

Główną różnicą między Furiosą: Saga Mad Max, a jej poprzednikiem jest nagromadzenie akcji. Zamiast nieustającego pościgu, konfrontacje są bardziej rozłożone w czasie. Zyskują za to na kreatywności. Mamy bowiem pełen wachlarz pomysłów: od inspirowanych fremeńską partyzantką z drugiej części Diuny pojedynczych eliminacji, przez obronę Cytateli nieśmiertelnego Joe z wykorzystaniem dźwigów i ataków z powietrza, po wymyślne sceny tortur podniesione przez Dementusa do rangi igrzysk. Wszystko to podbija kreatywny, choć momentami zbyt nachalny montaż, ujęcia w zbliżeniu i epickie kadry panoramiczne. Szkoda jedynie, że tak rzadko posiłkowano się efektami praktycznymi, zastępując je cyfrową technologią. Jest to na pewno dobry sposób na cięcie kosztów, ale też odbija się wyraźnie na finalnej jakości projektu.

Zobacz również: Królestwo Planety Małp – recenzja filmu. Niech żyje Cezar!

Furiosa: Saga Mad Max
zdjęcie z planu filmu Furiosa: Saga Mad Max | Warner Bros Pictures

W pewnym sensie Furiosa jest bardziej ambitna od swojego poprzednika. Odebrano jej większość elektryzującej energii Fury Road, aby nadać mitologicznej wagi poprzez intensywną rozbudowę świata. Miller był w pełni świadomy, że nie sposób odtworzyć tamtego poczucia świeżości.  Zamiast tego dołożył wszelkich starań, by zapewnić swojej ukochanej marce potencjał na dalszy rozwój w dowolnym medium. Widać to przede wszystkim po drobnych odniesieniach do growej odsłony z 2015 roku od Avalanche Studios.

Niestety, w tym całym rozmachu wprowadzania nowych osad ludzkich, łańcuchów dostaw, polityki handlowej i wartościowaniu dóbr materialnych ucierpiały historie poszczególnych postaci. Gdy wodotryski scen akcji przestają działać, zostajemy z przeciągniętymi sekwencjami dialogów, które niespecjalnie popychają fabułę naprzód. To konkretne przewartościowanie priorytetów może odrzucić nie tylko niektórych fanów, ale szczególnie osoby, które o tym świecie nie mają zielonego pojęcia i przyszły na film ze względu na znane twarze na plakacie.

Zobacz również: Hit Man – recenzja filmu. Czy da się zmienić tożsamość?

Furiosa: Saga Mad Max
Chris Hemsworth jako Dementus w filmie Furiosa: Saga Mad Max | Warner Bros Pictures

Ostatecznie wyszedł z tego nierówny twór, któremu trudno odmówić wysokich aspiracji. Jednak w swojej finalnej formie bardziej przypomina deskorolkę przerobioną na dieselpunkowego monster trucka. Są w niej elementy, które przykuwają uwagę, a konstruktorom nie można odmówić próby zrobienia czegoś efektownego. Teoretycznie można wystawić ją w pustynnym rajdzie, więc spełnia swój podstawowy cel. Jednak przyglądając się bliżej, da się łatwo zauważyć, że zawieszenie nie utrzyma ciężaru kierowców. Niemniej pozostanie w kolekcji twórcy jako projekt, który powstał z pasji, i choć pewnie po latach dobrałby inne części, wciąż efekt końcowy będzie dla niego powodem do dumy.


Udział w pokazie prasowym możliwy dzięki uprzejmości Warner Bros Pictures
Źródło obrazka głównego: materiały prasowe | Warner Bros Pictures

Plusy

  • Solidnie rozbudowany świat Mad Maxa
  • Wizualnie imponujące sceny akcji
  • Muzyka niemal dorównuje kompozycjom z Fury Road

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Powierzchownie poprowadozny wątek Furiosy
  • Slapstickowo-groteskowy Chris Hemsworth
  • Nierówne tempo akcji
Łukasz Biechoński

Nie straszny mu żaden zakątek popkultury. Ceni sobie tak samo teatralne musicale i opery jak kino splatter czy chorwackie sci-fi. Wierzy, że to nie budżet czyni dzieło, lecz artysta i jego wizja. Tabu dla niego nie istnieje tak długo, jak obie strony czują się w dyskusji komfortowo.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze