Imagine Dragons – Loom – recenzja albumu

Od piątku dostępny jest szósty album studyjny Imagine Dragons. LOOM trwa co prawda niewiele ponad pół godziny, ale wstyd się przyznać, ile razy już przesłuchałam tych trzydziestu minut na przestrzeni weekendu. 

Imagine Dragons należy do tych zespołów, za których twórczością trudno nadążyć. Zdawałoby się, że wystarczy nieuważnie mrugnąć, by przegapić kolejne wersje utworów, współprace czy akustyczne odsłony piosenek z pierwszych płyt. Natomiast trudno nie zwrócić uwagi na kolejny pełnowymiarowy album – tym bardziej, że grupa nigdy nie zawodzi. Dlatego też premiera krążka LOOM była zaznaczona w moim kalendarzu już dłuższy czas.

Zobacz również: Najlepsze piosenki Imagine Dragons

LOOM na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco niepozornym krążkiem, trzy razy krótszym od poprzedniej płyty Mercury Acts 1&2 – natomiast nic bardziej mylnego. Album otwiera mocny utwór Wake Up, który od razu wprowadza charakterystyczną dla grupy energię. Następnie pojawiają się piosenki wypuszczone wcześniej jako single promujące płytę – kolejno Nice to Meet You oraz Eyes Closed. Przez ostatnie dwa miesiące skutecznie podkręcały one oczekiwanie na premierę, świetnie wchodząc do głowy. Jak zwykle już na samym wstępie Dan Reynolds pokazuje skalę swoich wokali oraz pomysłów aranżacyjnych.

Zobacz również: Gracie Abrams – The Secret of Us – recenzja albumu

Następnie tempo nieco zwalnia, dzięki czemu można się lepiej wsłuchać w instrumenty – a dzieje się niesamowicie dużo. Dynamiczna perkusja świetnie zgrywa się z gitarą, a fenomenalna partia smyczków w In Your Corner to mój ulubiony element. Smyczki zresztą subtelnie przewijają się na przestrzeni całej płyty, z różnym natężeniem, co pięknie uzupełnia pozostałe instrumenty. Dobrze wyważone są też elektroniczne brzmienia syntezatorów, które są charakterystyczną cechą zespołu. Wszystko bezbłędnie się łączy, aż chce się słuchać konkretnych piosenek w zapętleniu, aby na pewno wyłapać każdy smakowity kąsek.

W połowie pojawia się mocniejszy akcent pod postacią piosenki Gods Don’t Pray, pełnej bardziej szorstkich, agresywniejszych partii. Przeciągnięte wokale wraz z oszczędnymi refrenami stanowią ciekawy kontrast do łagodnych smyczków sprzed chwili. Od tego momentu na zmianę przeplatane są właśnie takie brzmienia z delikatniejszymi piosenkami, jak Don’t Forget Me czy Fire in These Hills z ponownie imponującym wokalem oraz przyjemnymi instrumentalnymi wstawkami.

Zobacz również: Aurora – What Happened To The Heart? – recenzja albumu

Płytę zamyka inna aranżacja singla Eyes Closed, wykonana razem z J Baldivem. Choć równie dynamiczna, a nawet jeszcze ciekawsza niż pierwsza odsłona na płycie, powtórka na przestrzeni dziesięciu utworów nie jest udanym zagraniem. Zdecydowanie dobrze dobrany artysta do współpracy ubogaca utwór, aczkolwiek dopiero co słuchaliśmy tej samej piosenki kilka utworów wcześniej. Włączenie jej ponownie w tracklistę nieco rozstraja ogólną spójność całości.

Niemniej jednak LOOM to świetna płyta, której aż chce się słuchać w kółko. Partie wokalne składają się z bogatą warstwą instrumentalną, co czyni album spójnym, a jednocześnie niezwykle różnorodnym. Wiele z tych piosenek dołączy do puli moich ulubionych utworów zespołu. Nie zdziwię się też, kiedy zyskają kultowy status, jak samo Imagine Dragons, którzy jak zwykle dostarczyli słuchaczom wspaniałą muzykę.

Fot. główna: Materiał promocyjny płyty/Imagine Dragons.

Plusy

  • Bogata warstwa instrumentalna
  • Wokale Dana Reynoldsa
  • Różnorodne, ale spójne brzmienie

Ocena

9 / 10

Minusy

  • Dwie wersje tego samego singla promującego album
Anna Baluta

Jeśli nie odpisuje, to pewnie ogląda serial. Wykształcona amerykanistka, która z premedytacją zapisuje się na kolejne zajęcia z telewizji. Jak nie ogląda to czyta, słucha albumów, czasem przypomni sobie o studiowaniu i pracy - ale to w międzyczasie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze