Zainteresowanie wokół Wielkiego Marty’ego można nazwać fenomenem. Zabawna kampania reklamowa najnowszego filmu Josha Safdiego cieszyła się w Internecie ogromną popularnością. Produkcja studia A24 spotkała się z entuzjastycznymi opiniami krytyków i widowni, a Timothée Chalamet odebrał Złoty Glob za główną rolę. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym, a może nawet wybitnym?
Marty Mauser (Timothée Chalamet), 23-letni sprzedawca butów w Nowym Jorku w 1952 roku, marzy o tym, by zostać najlepszym graczem tenisa stołowego na świecie. Jest niezwykle utalentowany, ale dla biednego chłopaka sama genialna gra nie wystarczy – by dotrzeć na mistrzowskie turnieje, potrzebuje pieniędzy, których nie ma. Marty nagina więc wszystkie reguły, zawiera sojusze z niewłaściwymi ludźmi, a czasem nie cofa się nawet przed uwodzeniem, by tylko spełnić swoje marzenie o wielkości.
Zobacz również: Avatar: Ogień i popiół – przedpremierowa recenzja filmu
Od dekad popkultura serwuje nam obraz amerykańskiego snu. Fabularne wzorce o młodych ludziach, którzy od pucybuta stają się milionerami, pokazują, że wytrwałość i talent mogą przynieść sukces nawet wbrew innym. Choć takie motywy bywają przewidywalne, wciąż przyciągają widzów. Medialne historie sukcesu często dają złudną nadzieję: rób to, co kochasz, a reszta ułoży się sama. Rzadko kiedy zastanawiamy się, jak szkodliwe może być takie postrzeganie rzeczywistości. Droga do spełnienia marzeń wiąże się z tysiącem poświęceń, o których rzadko się mówi w mediach. Większość ludzi, wkraczając w dorosłość, porzuca swoje pierwotne plany i zastępuje je bezpieczną posadą, gwarantującą stabilność finansową. Niektórzy wolą chociaż spróbować osiągnąć wyznaczone wcześniej cele zamiast żałować, że z nich zrezygnowali. Są też jednak osoby, gotowe zrobić wszystko na drodze do sukcesu. Takim człowiekiem jest Marty Mauser.
Marty to jednostka zdeterminowana do takiego stopnia, że nawet nie dopuszcza do siebie możliwości niepowodzenia. Zawsze z góry zakłada, że każdy mecz wygra, bo postrzega siebie jako najlepszego gracza w historii tenisa stołowego. Wielki talent nie powinien być jednak uzasadnieniem pyszałkowatości i pogardy wobec innych. Mauser zaś każdą inną osobę w swoim życiu widzi jako przeszkodę albo okazję w realizacji swoich pragnień. Nie postrzega on bliskości jako wartości samej w sobie. Rodzina i znajomi przypominają mu jedynie o biedzie, z której wyszedł, a także własnych nieprzemyślanych decyzjach życiowych. Nie można jednak się jego postawie zbytnio dziwić. Większość krewnych konsekwentnie próbuje odciągnąć go od kariery sportowej, a jego sukcesy sprowadza do chwilowych wyjątków. Nie umieją się pogodzić z pasją, arogancją i niebotycznie wysokim ego ich syna, bo sami mało osiągnęli.
Zobacz również: Dreams – recenzja filmu. Kino prawdziwego dyskomfortu

Marty aspiruje do bycia ważną personą. Chce zostać twarzą amerykańskiego ping-ponga. Inaczej mówiąc, celebrytą tak rozpoznawalnym, że jego zdjęcie znajdowałoby się na pudełkach płatków śniadaniowych. By zaspokoić własne aspiracje, Mauser uznaje, że w jego życiu wszystkie chwyty są dozwolone, a cel uświęca środki. Wybiera romans ze starszą o trzydzieści lat gwiazdą kina zamiast relacji z byłą kochanką, która obecnie jest w ciąży. W wielkiej aktorce widzi swoje wyobrażenie o sukcesie, podczas gdy młoda kobieta bez ambicji uosabia wszystko, przed czym desperacko stara się uciec. Dla Marty’ego zwyczajne, proste życie jest równoznaczne z totalną porażką.
Co ciekawe, aspekty, które zazwyczaj bym skrytykował, tutaj okazały się jednymi z największych zalet produkcji. Normalnie nie jestem fanem szybkiego rytmu oraz nagromadzenia wątków, lecz w tym wypadku są one jak najbardziej uzasadnione. Od pierwszych minut idealnie oddane jest poczucie gorączki i obsesji ogarniające bohatera. Nie uświadczymy tu jednak wrażenia narracyjnego chaosu. Widać już na poziomie scenariuszowym, że każdy element jest perfekcyjnie przemyślany. Sama fabuła, wymowa i interpretacja przesłania jest okazją do dyskusji, która potrafi trwać nawet wiele godzin po seansie. Scenarzyści nieraz łamią zasady i schematy filmów sportowych, by coraz bardziej zaskakiwać widza. Na wielu poziomach jest to bardzo emocjonujący seans. Twórcy rzadko pozwalają nam na oddech, nieustannie zaskakując zwrotami akcji, których nie sposób przewidzieć.
Zobacz również: Pomoc domowa – recenzja filmu. Napisanie tego tekstu to przywilej

Świetny scenariusz to jednak jedynie połowa sukcesu. Znany z pełnego napięcia stylu Josh Safdie idealnie odnajduje się w tej narracji. Klaustrofobiczne zdjęcia Dariusa Khondjiego, oparte na licznych zbliżeniach, jeszcze bardziej potęgują stres u widza. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o wspaniałej ścieżce dźwiękowej Daniela Lopatina. Fuzja futurystycznych brzmień lat 80. i radiowych hitów z lat 50. wypada nadzwyczaj spójnie. Jednak sercem filmu jest Timothée Chalamet. Jako egocentryczny Mauser tworzy najlepszą kreację w swojej karierze – na tyle magnetyczną, że mimo przeróżnych wad tej postaci natychmiast darzymy go sympatią. Zdobyty przez aktora Złoty Glob był tu tylko formalnością. Mam nadzieję, że z Oscarem będzie tak samo.
Przewrotnie, główny bohater, luźno inspirowany mistrzem tenisa stołowego Martym Reismanem, ma dużo z Chalametem wspólnego. Aktor wielokrotnie mówił o swoich ambicjach. Przede wszystkim o tym, że dąży do zostania jedną z wielkich gwiazd Hollywood by móc stanąć u boku m.in. Denzela Washingtona, Christiana Bale’a czy Roberta De Niro. Jedni odbierają wypowiedzi aktora jako narcystyczne, a inni uważają, że ma prawo do wyznaczania sobie takich celów, biorąc pod uwagę jego talent. Do roli w Wielkim Martym przez 8 lat trenował grę w ping-ponga, by wyglądała ona wiarygodnie w filmie. Przed Kompletnie nieznanym, biografią Boba Dylana, przez 6 lat ćwiczył naśladowanie jego głosu oraz grę na harmonijce i gitarze. Aktorowi kiedyś zarzucano brak wszechstronności, ale dawno już zdążył udowodnić krytykom, że się mylili.
Zobacz również: Zgiń kochanie – recenzja książki. Między jawą a snem

Wspaniała jest tu także Gwyneth Paltrow, czyli postać emerytowanej aktorki, która lata świetności ma dawno za sobą. Dla Odessy A’Zion było to pierwsze duże wyzwanie aktorskie, a już otrzymała nominację za rolę drugoplanową od Gildii Aktorów Ekranowych. Warto wspomnieć, że Josh Safdie ma wyjątkowy talent do reżyserowania debiutantów, tzw. naturszczyków. Wśród nich najlepiej wypada biznesmen Kevin O’Leary, który odnalazł się w kreacji podłego i chciwego sponsora. Nawet Tyler Gregory Okonma, lepiej znany jako raper Tyler the Creator, ma tutaj bardzo ważną – i dobrą – rolę. Koto Endo – największego sportowego przeciwnika Marty’ego – zagrał z kolei japoński zdobywca brązowego medalu na Mistrzostwach Świata 2022 w ping-pongu, głuchy sportowiec Koto Kawaguchi. Na pewno nie jest to typowa hollywoodzka obsada. Producenci nie bali się zatrudnić wielu niedoświadczonych osób, a mimo to wszyscy oni wypadają rewelacyjnie.
Jednym z największych atutów tego filmu jest odwaga twórców. Akcja osadzona jest w latach 50., a mimo to słyszymy tu wiele hitów z lat 80. – dekady najmocniej kojarzonej z kinem sportowym. Twórcy nie boją się dziwnych, momentami niekomfortowych scen ani komediowego absurdu. Ten film właściwie nie miał prawa się udać, a jednak uważam, że jest to dzieło na tyle wyjątkowe i oryginalne, że grzechem byłoby przegapić możliwość zobaczenia go na wielkim ekranie.
Zobacz również: Jay Kelly – recenzja filmu. Gdy gasną reflektory…
Wielki Marty to film, który skłania do refleksji. Pyta, czym tak naprawdę jest wielkość człowieka, jakie znaczenie ma sława i w którym momencie narcyzm staje się destrukcyjny. Poza swoim tragizmem zwraca też uwagę na piękno niedoskonałej rzeczywistości – tej, którą w świecie nieustannej presji na sukces zbyt łatwo pomijamy. Czasem okazuje się ona cenniejsza niż to, czego – jak nam się wydaje – tak bardzo pragniemy.
Źródło grafiki: mat. promocyjne Monolith Films
