W 2016 roku oglądałam jeden z najlepszych seriali w moim całym życiu. Nocny recepcjonista, z rewelacyjnymi rolami Toma Hiddlestona, Olivii Colman i Hugh Lauriego, miał wszystko, co powinna zawierać dobra historia szpiegowska. Nowy sezon, który powstał po dziesięciu latach, był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Opowieść wydawała się zamknięta, więc co mogło się znaleźć w kontynuacji?
Nocny recepcjonista powrócił! Moja początkowa ekscytacja stopniowo przemijała wraz z rewatchem pierwszego sezonu. W końcu oglądałam go dziesięć lat temu, więc poczułam się w obowiązku przypomnieć sobie za co tak bardzo pokochałam ten serial. Wracając do sedna, po finale pierwszego sezonu moje podekscytowanie związane z kontynuacją drastycznie zmalało. Historia wydawała się zamknięta, zakończona w idealnym momencie, a odcinanie kuponów od sukcesu niezbyt mnie kręciło. Niemniej zebrałam się w sobie i obejrzałam drugi sezon dramatu szpiegowskiego. I początkowo było naprawdę nieźle!
Zobacz również: Wonder Man – recenzja serialu. Mniej supermocy, więcej człowieka
Drugi sezon Nocnego recepcjonisty rozpoczyna się sceną rozgrywającą się cztery lata po finale pierwszego. Angela Burr (Olivia Colman) i Jonathan Pine (Tom Hiddleston) pojawiają się na identyfikacji ciała Richarda Onslowa Ropera (Hugh Laurie). Potwierdzić tożsamość może tylko jedna osoba, w związku z czym to kobieta ogląda zwłoki. Sprawa, która zdążyła zmienić się w bardzo osobistą, zostaje zamknięta, a bohaterowie mogą wrócić do normalnego życia. Następnie przenosimy się w czasie o kolejne sześć lat. Pine posiada już nową tożsamość i jest znany jako Alex Goodwin. Pracuje jako szeregowy agent MI6 w Londynie. Nie działa w terenie, zajmuje się wyłącznie obserwacją. To się jednak zmienia, kiedy na horyzoncie pojawiają się przestępcy, którzy wcześniej współpracowali z Roperem.
Jak łatwo się domyślić Pine idzie za ciosem, a co za tym idzie ląduje w Kolumbii. Tam poznaje charakterystycznego Teddy’ego (Diego Calva), który dość szybko okazuje się mocno powiązany z Richardem Onslowem Roperem. Zdradzę tutaj spoiler, który i tak jest dość oczywisty od samego początku – handlarz broni żyje. Pine ponownie wpada w spiralę intryg i fałszywych tożsamości. Obraca się wśród niebezpiecznych ludzi, a obok po raz kolejny pojawia się piękna i niebezpieczna kobieta – tym razem jest to Roksana (Camila Morrone). Do czwartego odcinka emocje i akcja jeszcze podtrzymują uwagę, ale dwa ostatnie odcinki są już tak mocno naciągane oraz banalne, że autentycznie zrobiło mi się przykro z powodu tej nieszczęsnej kontynuacji.
Zobacz również: Love through a prism – recenzja serialu. Historia o miłości, sztuce i wolności wyboru

W drugim sezonie Nocnego recepcjonisty brakuje zmysłowości i napięcia, tak dobrze znanych z pierwowzoru. Aktorsko serial nadal broni się bardzo dobrze, chociaż mocno odczuwalny jest brak Angelii Burr, której rola została skrócona do minimum. A skoro już o tej bohaterce mowa, to przedstawienie jej w nowej odsłonie jest dla mnie nieporozumieniem. Agentka, której celem życiowym było wsadzenie Ropera do więzienia, kłamie na temat jego śmierci, idąc z nim na układ. Twórcy tłumaczyli tę decyzję faktem, że kobieta chroniła swoje dziecko, ale pamiętając charakterną Angelę Burr z pierwszego sezonu, trudno pogodzić się z nową kreacją. Tradycyjnie Tom Hiddleston i Hugh Laurie radzą sobie na ekranie świetnie, a scena ich spotkania w restauracji jest popisem świetnych umiejętności aktorskich. Miłym zaskoczeniem był dla mnie również Diego Calva. Po jego roli w filmie Babilon nie oczekiwałam fajerwerków, ale Teddy w jego wykonaniu wypadł naprawdę wiarygodnie i wielowymiarowo. Zdecydowanie jeden z najciekawszych bohaterów!
Mocno odczuwalny jest brak Corky’ego (Tom Hollander), który świetnie podkręcał pierwszy sezon. Jak na złość jego nie wskrzeszono, w odróżnieniu od Ropera… Miło zaskoczył powrót Sandy’ego (Alistair Petrie), chociaż jest tu go zdecydowanie za mało i mam wrażenie, że został wprowadzony do serialu tylko ze względów sentymentalnych. Szkoda, że twórcy potraktowali po macoszemu Jed (Elizabeth Debicki), która w poprzednim sezonie odgrywała kluczową rolę, a tu została sprowadzona do zaledwie dwóch zdań. Równie niewiele otrzymała Caroline (Natasha Little). Miałam wrażenie, że kobiety zostały tylko wspomniane, aby odhaczyć pytania fanów o to, co się z nimi stało. Jest to jednak mało satysfakcjonujące i o ile jestem w stanie zrozumieć potraktowanie w ten sposób Caroline (bądź co bądź była postacią drugoplanową), o tyle Jed nie jestem w stanie im wybaczyć.
Zobacz również: The Paper – recenzja serialu. Mogło być dobrze

Nocny recepcjonista mógł się rozwinąć w zupełnie innym kierunku. Wskrzeszenie Ropera, a co za tym idzie całkowita przemiana Angelii Burr są naciągane i wywołują jedynie pełne zrezygnowania westchnienia. Czasami pewnych rzeczy nie warto odkopywać. Tym bardziej, że Nocny recepcjonista naprawdę nie potrzebował kontynuacji. Może nie bez znaczenia jest tu fakt, że pierwszy sezon powstał na podstawie książki autorstwa Johna Le Carré. Najwyraźniej na drugi sezon już zabrakło materiału źródłowego.
Fot. główna: kadr z serialu Nocny recepcjonista
