Wybierając się na pokazu filmu Moon: panda i ja, spodziewałam się typowego filmu z dzikim zwierzęciem w tle, gdzie punktem kulminacyjnym będzie walka z szalonymi myśliwymi. Co ciekawe, pozytywnie się zaskoczyłam w tej kwestii. Okazało się, że historia jest zdecydowanie bardziej przyziemna.
Moon: panda i ja to nie typowa opowieść o przyjaźni dziecka ze zwierzęciem. Przede wszystkim skupia się na relacjach w rodzinie czy poszukiwaniu samego siebie. Tian (Noé Liu Martane) niezbyt dobrze radzi sobie w szkole. Nie widzi świata poza grami, a słabe oceny stały się powodem, przez który wakacje na obozie e-sportowym zmieniły się w pobyt u babci (Sylvia Chang). Pobyt w górach, z dala od miasta, dokonał jednak cudu.
Zobacz również: Mała Amelia – recenzja filmu. Japońskie legendy i belgijska czekolada
Chłopiec spotyka w lesie małą pandę, którą nazywa Moon. Obserwacja i kontakt ze zwierzęciem staje się dla Tiana początkiem fascynacji czarno-białymi misiami. Dodatkowo wybrzmiewa tu wątek zawsze zajętego i uzależnionego od telefonu ojca (Ye Liu). Ciekawą bohaterką jest też siostra Tiana – Liya (Nina Liu Martane). Dziewczynka stawiana zawsze jako wzór do naśladowania, tłumi w sobie emocje i źle się czuje z nieustannymi byciem idealną.
Początkowo miałam duże obawy, że Moon: panda i ja przedstawi nam typową historię, w której zwierzę stanie się celem polowania. Taki model opowieści otrzymujemy niemal w każdej produkcji z dzikimi zwierzętami w tle. Na szczęście twórcy postawili tutaj zupełnie na coś innego. Problemem staje się przyjaźń chłopca z pandą, ponieważ misiek należy do gatunków zagrożonych i nie powinien być pod żadnym względem oswajany. Dzięki temu przesłaniu najmłodsi widzowie mogą nauczyć się tego, że dzikie zwierzęta najlepiej się czują w swoim naturalnym środowisku i nawet jeżeli sprawiają wrażenie przyjaznych i chętnych do kontaktu, to ludzie towarzystwo niekoniecznie jest dla nich dobre.
Zobacz również: SpongeBob: Klątwa Pirata – recenzja filmu. Najlepsza część podwodnych przygód?

Ponadto film skupia się na trudnych relacjach rodzinnych, bo nasi bohaterowie całkowicie nie potrafią ze sobą szczerze rozmawiać. Dotyczy to niemal wszystkich. Rodzice są gotowi na rozwód, Liya trzyma wszystko w sobie, a Tian ma słabe oceny w szkole, ale wie wszystko na temat pand, co finalnie staje się jego atrybutem. Jedynie babcia jest ogniwem, które stara się spoić rozdzielonych członków rodziny w całość.
Nie da się nie zachwycać uroczą pandą w produkcji. Nad filmem pracowało wielu specjalistów i weterynarzy, którzy pomogli twórcom stworzyć realny obraz tych uroczych zwierzaków. Moon bywa leniwy, niemal cały czas je, ale kiedy na horyzoncie pojawia się niebezpieczeństwo to potrafi również pokazać pazury. Moon: panda i ja wielokrotnie podkreśla jak ważna jest ochrona zagrożonych gatunków oraz jakie podejście jest właściwe i zdrowe. Tian zrozumiał, że nie może towarzyszyć pandzie cały czas, ale zrobił wszystko, aby zapewnić jej jak najlepsze, i przede wszystkim bezpieczne, warunki życia.
Zobacz również: Avatar: Ogień i popiół – przedpremierowa recenzja filmu

Mam pewne zastrzeżenia do polskiego tłumaczenia tytułu filmu. W większości krajów to jest po prostu Moon the panda, a u nas jest to dziwne sformułowanie: Moon: panda i ja. Tak jakby łopatologicznie było trzeba widzom wytłumaczyć, że to produkcja o przyjaźni chłopca i pandy. Polska wersja brzmi dość kiczowato i mało zachęcająco, co pewnie przełoży się na zainteresowanie potencjalnego targetu. Przede wszystkim tytuł jest też nienaturalny. Jako dziecko na pewno nie byłabym nim zainteresowana.
Moon: panda i ja raczej nie będzie mega hitem. Historia jest prosta i jak wspomniałam wcześniej dobrze, że jest skupiona na przyziemnych tematach, ale do wybitnych nie należy. Jest to raczej pogodna opowiastka dla dzieci, o której dość szybko się zapomina. Nie zmienia to faktu, że przekazuje najmłodszym dobre wartości. No i przede wszystkim można się rozpływać nad pandą. No bo kto nie kocha tych uroczych misiaków?
Fot. główna: kadr z filmu Moon: panda i ja

