Myśląc o serialu Władca much chcę powiedzieć tyle rzeczy, że po raz kolejny zaczynam ten akapit. Po pierwsze: nie pozwólcie swoim oczom przemknąć po tej pozycji, przeglądając HBO.
Książka Williama Goldinga czekała w mojej kolejce czytelniczej już sporo czasu. Nie wiedziałam o niej wiele, intrygował mnie tytuł, a serial HBO zaczęłam z czystą kartą. W czwartek obejrzałam finałowy odcinek, w piątek Władca much był już przeczytany.
Zobacz również: Najlepsze seriale 2026 roku
Grupa chłopców rozbija się na tropikalnej wyspie. Pod przywództwem czterech najstarszych, dwunastoletnich chłopców, ustalają zasady na czas oczekiwania na ratunek. Społeczność staje się jednak niestabilna, kiedy w chłopcach odzywają się pierwotne instynkty. Najważniejsi bohaterowie to Piggy, Jack, Simon oraz Ralph – i tak właśnie zatytułowane są kolejne odcinki serialu. Epizody wychodziły co tydzień, trwały około godziny i skupiały się na każdym chłopcu z osobna.
Zobacz również: The Beauty – recenzja serialu. Korporacja Substancja
Władca much jest jednym z najbardziej dopracowanych seriali, jakie widziałam w ostatnich latach. Warstwa wizualna, montaż oraz muzyka razem tworzą piątego bohatera, który bierze aktywny udział w historii. Każdy kadr czemuś służy. Każdy dźwięk budzi konkretne emocje. Nie ma tutaj przypadkowych ujęć, pośpiechu czy modnego współcześnie tłumaczenia widzowi wszystkiego w dialogach, gdyby przypadkiem patrzył w telefon. Mówiąc, że nie odkrywałam wzroku od ekranu, nie wyolbrzymiam.

Książka nie należy do obszernych, a serial utrzymuje powolne tempo za sprawą artystycznych ujęć, ale nie nuży. Na ekranie dzieje się bardzo dużo. Przechodzimy przez pierwsze zgromadzenia chłopców, polowania na świnie, momenty zabawy i kłótni, aż wreszcie – dzikiej, pierwotnej przemocy. Niepokój, napięcie, a jednocześnie fascynacja to uczucia, które są subtelnie budowane od pierwszych minut serialu, zarówno w dialogach, jak i w wizualiach.
Zobacz również: Najciekawsze filmy koncertowe 2026 roku w kinach
Ogromne wrażenie wywiera także aktorstwo. To wszystko bardzo młodzi aktorzy, debiutanci lub chłopcy wciąż mający doświadczenie w niewielu projektach. Są to trudne role, które wymagają wielu uczuć i portretowania emocji w sposób oszczędny, a jednocześnie dosadny. Zadanie jest trudne, aktorzy niedoświadczeni, a jednak fenomenalni. Chociaż całą czwórka jest świetna, wyróżnię dominujący duet. Lox Pratt jako Jack jest hipnotyzujący. Nasz przyszły Draco Malfoy pokazuje niesamowity warsztat, jest przerażający i fascynujący w tym samym czasie. Nawet, kiedy jego twarz skrywa gruba warstwa farby czy maska, jesteśmy w stanie odczytać jego emocje. Przeciwwagę z kolei stanowi Winston Sawyera w roli Ralpha – przywódca, rozdarty między poczuciem odpowiedzialności a zabawami i swobodą.

Za scenariusz odpowiada Jack Thorne znany z netflixowego Dojrzewania, które odbiło się szerokim echem. Tutaj również nie ma miejsca na błędy, czy potknięcia. Z perspektywy czasu, kiedy po serialu sięgnęłam po pierwowzór, żałuję jedynie, że nie słyszymy więcej dialogu z tytułowym Władcą much. Te słowa nie padają w serialu – ale rozumiemy wszystko, chłonąc dialogi, obrazy i dźwięki złożone w harmonijną opowieść.
Zobacz również: Młody Sherlock – recenzja serialu. Mało Sherlockowy ten Sherlock
Obawiam się, że Władca much może zniknąć w ogromnej ilości produkcji jako serial niezbyt długi i nie rozpromowany tak, jak na to zasługuje. Uważam jednak, że rezygnacja z niego to strata. Ta perfekcyjnie zaprojektowana wizja opowieści Goldinga dotyka tematu przemocy, pierwotnych instynktów i poczucia słuszności. Dzisiaj szczególnie możemy się zastanawiać na nowo, skąd pochodzi skłonność do konfliktów i jak się od niej uchronić. We mnie ten serial, ta opowieść, ta wizja wciąż pracują. I chociaż momentami nie jest to łatwy seans, to zasługuje na poświęcenie mu tych czterech godzin całkowitego skupienia.
Fot. główna: Materiał promocyjny.
