Gatunek bijatyk w grach wideo wypluł na przestrzeni swego istnienia dziesiątki, jeśli nie setki tytułów. Ale tylko 3 serie przetrwały próbę czasu i wciąż święcą tryumfy, zarówno w sferze komercyjnej, jak i artystycznej –Street Fighter, Tekken oraz Mortal Kombat. Ulicznego Wojownika i sagę o rodzinie Mishima/Kazama zostawmy na inną okazję, a skupmy się na Mortalu i najnowszej książce od wydawnictwa Gamebook, poświęconej historii tej najbrutalniejszej z bijatyk.
Mortal Kombat: Flawless Victory zabiera czytelnika w podróż przez ponad 3 dekady okrutnych fatality, zawiłej (i często resetującej się) fabuły czy eksperymentów z rozgrywką. Autor – Ian Flynn – omawia każdą odsłonę serii, skupiając się na jej 4 elementach. Segment Gra krótko wprowadza nas w kontekst i znaczenie danej części. Innowacje w rozgrywce opowiadają o nowych elementach czy trybach w kolejnych odsłonach MK, a Fabuła przybliża nam historię przedstawioną. Ostatni segment – Areny – to najlepszy element książki, często okraszony ciekawymi komentarzami Eda Boone’a i innych twórców Mortala. Tę retrospektywę czyta się naprawdę dobrze, a jak towarzyszycie Raidenowi i spółce od dłuższego czasu, zapewniam – pojawią się nostalgiczne wspomnienia… Ach, czasy PlayStation 2…
Zobacz również: Księga CRPG – recenzja książki. Biblia każdego fana RPG-ów
Pomiędzy opisami następnych gier, dostajemy także sylwetki bohaterów. Szczerze? Nie są one zbyt interesujące i osobiście czuję lekki niedosyt. Ot, kilka zdjęć, szkiców koncepcyjnych, krótki opis postaci i jej historia na przestrzeni serii oraz… nazwy fatality. Ja rozumiem, że fatality to rzecz święta w Mortal Kombat, ale po co umieszczać ich suche nazwy dla danej postaci? Spokojnie tę przestrzeń można było wykorzystać na zakulisowe ciekawostki. Pewne niezadowolenie może budzić też brak omówienia wszystkich bohaterów serii – dla tych mniej ważnych, mogłoby być ono nawet w formie znacznie skróconej.

Na samym końcu tej pozycji czeka nas część poświęcona Mortal Kombat w innych gałęziach popkultury. Omawiane pokrótce są komiksy, seriale, przedmioty kolekcjonerskie (głównie linie figurek) oraz filmy. Jeśli nie zdarzyło się to wcześniej, to właśnie w tym momencie powinna zapalić się czytelnikowi książki czerwona lampka. Generalnie, pierwszy kinowy Mortal cieszy się naprawdę niezłą renomą wśród fanów. Biorąc pod uwagę fakt, jak trudno przenieść grę na język filmowy, Paul W.S. Anderson (tak, ten od filmowych Residentów) odwalił kupę dobrej roboty. A skoro o kupie mowa – sequel, mający premierę 2 lata później, okazał się bardzo, bardzo, ale to bardzo złym filmem, który został zjechany przez wszystkich, a nie został zapomniany tylko i wyłącznie przez ten okropny, ale bardzo cytowalny scenariusz. Do czego piję?
Zobacz również: Mortal Kombat 1 – recenzja gry. Nie do końca udany nie do końca reboot
Opis dla pierwszej ekranizacji MK we Flawless Victory zajmuje naprawdę sporo miejsca. Możemy przeczytać o fabule, procesie tworzenia i trudnych realiach przeniesienia gry na język Hollywood. Opis dla sequela? 3 krótkie zdania – film jest kontynuacją części pierwszej (wow), fabuła filmu czerpie z takich części gry, film skupia się na duchowej podrózy Liu Kanga i ochronie ludzi przez Raidena. I to jest niestety tendencja, którą możemy spotkać na przestrzeni całej lektury książki Iana Flynna – zero słów krytyki względem jakiegokolwiek produktu spod szyldu MK, a to co niewygodne, to najlepiej przemilczeć…

Ponarzekałem, że tu źle, a tu nie tak – to teraz o ogromnym plusie tej książki. A jest nim forma wydania. Wydawnictwo Gamebook przyzwyczaiło nas już do pięknych i jakościowych wydań i nie inaczej jest z Flawless Victory. To duży album w twardej oprawie, liczący 304 strony i wydany w formacie 33×24 cm. Zastosowano gruby papier kredowy, dzięki czemu ilustracje są naprawdę wyraźne. Dodatkowo, książka ma szytą, solidną oprawę. Nie jest to zdecydowanie lektura na kibelek – waga i rozmiar nie ułatwiają jej czytania i zdecydowanie polecam rozłożenie na biurku czy stoliku.
Mortal Kombat: Flawless Victory to pozycja obowiązkowa dla każdego fana serii stworzonej przez Eda Boone’a i Johna Tobiasa. Ma swoje mankamenty, ale całościowo to naprawdę wartościowa (często też nostalgiczna) lektura, która robi wrażenie już samą formą wydania. Jeśli jeszcze jej nie macie, myślę, że to czas najwyższy krzyknąć kultowe Get over here! i zaopatrzyć się w swój egzemplarz.
