Mortal Kombat 1 – recenzja gry. Nie do końca udany nie do końca reboot

Nie mogę zacząć inaczej, niż wykrzykując do naszych czytelników sławetne MORTAL KOMBAAAAAT!!!!!!!!!

Po wydojeniu z graczy wszystkich pieniędzy wraz z kolejnymi DLC do MK11, Ed Boon i spółka zapowiedzieli reboot serii o dużo mówiącym tytule Mortal Kombat 1. Główna oś fabularna została zamknięta – Liu Kang pokonał Kronikę i stworzył nową, bezpieczniejszą erę. Dawni złoczyńcy jak Shang Tsung czy Quan-Chi zostali skazani na żywot zwykłych śmiertelników. Tym samym we wszechświecie zaprowadzony został ład i porządek. Nie wszystko się jednak zmieniło – tytułowy turniej wciąż ma się dobrze! Liu Kang porzucił swoje boskie obowiązki, by stać się obrońcą ziemskiego wymiaru. Gdy zbliża się czas kolejnego starcia między Earthrealm a Outworld, nasz ulubiony cyklista musi znaleźć wojowników, którzy zmierzą się z najpotężniejszymi reprezentantami Pozaświatów.

Zobacz również: Najlepsze gry 2023 roku

Największą radość w trakcie gry w MK1 odnalazłem właśnie w trybie fabularnym. Powiem wam szczerze, że historia we flagowej serii studia NetherRealm dawno przestała mnie obchodzić. Ciągle te same ryje, walczące z tymi samymi złolami o ten sam cel – panowanie we wszechświecie. Zasada, że w sequelu musi być więcej i poważniej jest dobra, ale przy serii liczącej ponad dziesięć odsłon, robi się już cyrk. Dlatego też zapowiedź swoistego resetu, przyznaję, rozpaliła we mnie nieskrywaną ciekawość i radość. I rzeczywiście, poznawanie tych wszystkich dobrze znanych nam od kołyski wojowników od nowa i przeżywanie wraz z nimi kluczowych wydarzeń z ich życia (jak Kenshi stracił wzrok, a Quan-Chi stał się – ekhm, no cóż – biały?) – w żadnym Mortalu nie miałem takiego parcia na tryb fabularny, jak w tej części. Do tego towarzyszą nam cudnie wyglądające cutscenki – żyć, nie umierać!

Tylko co z tego, skoro im dalej w fabułę, tym człowiek bardziej uzmysławia sobie, że dał się nabrać i to Mortal Kombat 1 powinno mieć tak naprawdę dopisane na końcu. Chociaż początki story mode w najnowszym Mortalu wylały na me serce beczki miodu, tak rozwinięcie fabuły, a szczególnie jej ostatnie kwadranse utwierdziły mnie w przekonaniu, że twórcom już dawno skończyły się pomysły na interesującą i oryginalną historię. Strach się bać, co przyniesie nam dwójka (lub 13-stka, jak kto woli).

Zobacz również: The Texas Chain Saw Massacre – recenzja gry

No ale dobrze, nie samą fabułą człowiek żyje. W MK1 czeka bowiem na graczy znacznie więcej trybów, a jednym z nich są Inwazje. Jest to tryb dla pojedynczego gracza, który łączy w sobie prostego RPG-a z planszówką. Wybieramy swojego ulubionego wojownika, a następnie przenosimy się na planszę, po której będziemy się poruszać, stawać do walki i odnajdywać różne klucze czy kody, umożliwiające nam dalszą progresję. Inwazje bardzo wciągają, a co najlepsze, mają być aktualizowane co sezon gry. Znając żywotność tytułów od tego studia, w trybie tym będziemy mogli się bawić przez długi, długi czas.

Czym byłby Mortal Kombat 1 bez trybu online? Uważany przez wielu za główną atrakcję gry, multiplayer sieciowy oczywiście powraca wraz z najnowszą odsłoną. Przyznam się wam szczerze, że w bijatykach ja jestem raczej pacyfistą. Innymi słowy – z kompem chętnie się ponaparzam, bo to żadne wyzwanie, ale żeby tak stanąć oko w oko z weteranami serii? O nie, nie, nie. Zbyt dużym noobem jestem w bijatykach, aby narażać się na srogi wpierdziel i poniżenie. MK1 oferuje trzy tryby sieciowe. Pierwszy z nich to standardowy tryb 1vs1, gdzie możemy tłuc się bez zobowiązań z przyjaciółmi lub przypadkowo napotkanymi graczami. Drugi to Kombat Liga, czyli tryb rankingowy. Trzeci zaś to ukochany przez fanów King of the Hill, nazwany tu Władcą Igrzysk. Zasady są proste – gracze ustawiają się w kolejce, aby zmierzyć się z aktualnym mistrzem. Wygrany zostaje, a przegrany idzie na koniec kolejki.

Zobacz również: Najlepsze gry z superbohaterami

Gameplayowo jest to natomiast stary, dobry Mortal – z kilkoma odstępstwami. Rozgrywka u podstaw jest niemalże identyczna, jak w poprzednich odsłonach. Fatal Blow, Fatality, Brutality czy klasyczne ruchy specjalne – wszystko, co znacie i kochacie, powraca także i tutaj. Tym razem do dyspozycji dostajemy 23-ech wojowników i jak Boga kocham – każdym z nich gra się zupełnie inaczej. W najnowszym Mortalu nie ma miejsca na nudę; masz już dość młócenie wrogów Baraką czy Scorpionem? No to cyk, zmiana na Generała Shao albo Kitanę, którzy mają całkowicie odmienny styl walki. Choć w głównym rosterze zabrakło weteranów serii, takich jak Jax, Sonya czy Kano, są oni jednak w grze obecni. Największą bowiem nowością wprowadzoną do MK1 jest pojawienie się tak zwanych Wojowników Cameo, którzy dzielnie czekają z boku areny na moment ich przywołania przez gracza. Takich fighterów mamy aż 15-stu i są oni niejako zamiast elementów interaktywnych na mapie. Decyzja o usunięciu tychże jest jak najbardziej zrozumiała, w myśl zasady co za dużo, to niezdrowoCameo Fighters stanowią zaś ciekawe urozmaicenie w rozgrywce, które zapewne odmieni niejedno starcie w multiplayerze.

No dobra, ale żeby nie było za słodko. Zgodnie z duchem poprzedniczek, także i tu mamy na wskroś nieprokonsumenckie podejście do sprawy. Od dawien dawna narzekam na chore ceny DLC, chamskie zagrywki studia, które apogeum osiągnęły wraz z MK11, ale również niemądrych graczy, którzy nie widzą w tych praktykach nic złego, grzecznie i posłusznie wydając swoje ciężko zarobione pieniądze na coś, co w zasadzie powinni mieć wraz z kupnem podstawki. W MK1 nie jest inaczej. Jestem w stanie jeszcze jakoś przeboleć decyzję o usunięciu kultowej Krypty, kończących ciosów takich jak Friendship czy ograniczeniu na start Fatality wojowników do dwóch. Ale pazerności studia na kasę – nie. Pomijając cenę podstawki (ponad trzy stówy), NetherRealm zapowiedziało już pierwszy Kombat Pack, czyli dodatkowych fighterów, którzy będą mogli uzupełnić roster gry.

Zobacz również: Baldur’s Gate 3 – recenzja gry w trybie kooperacji

I mógłbym przymknąć na to oko, gdyby nie fakt, że twórcy każą płacić dodatkowy hajs za dwójkę postaci, które występują w story mode Mortal Kombat 1, mają swoje ruchy i wydają się być w pełni gotowe do gry. Jakby tego było mało, kolejna zmora dzisiejszych czasów – wymóg stałego podłączenia się pod Internet. Owszem, odpalimy kilka podstawowych trybów gry bez tego, ale twórcy skrzętnie informują nas, że tym samym nie możemy odblokować żadnych nagród w grze, a nasze postępy nie zostaną zapisane. Ludzie, obudźcie się i dajcie wyraz swemu niezadowoleniu w recenzjach i opiniach! Jeśli będziemy grzecznie przyjmować bat Pana na plecy, to ta zaraza tylko się pogłębi. Make Games Great Again!

Niemniej, pomijając pazerność studia, muszę to powiedzieć wszem i wobec. Cenię i lubię takie serie jak Tekken czy Street Fighter, ale Mortal Kombat to dla mnie istny szczyt szycztów jeśli chodzi o gatunek bijatyk. Miód, płynący z rozgrywki, przywiązanie do szczegółów, a także ciągłe podkręcanie formuły mimo trzech dekad na karku – to naprawdę zasługuje na ogromne brawa i duży szacun. I mimo mojej pogardy dla praktyk tego studia, nie mogę się doczekać ich kolejnego po MK1 i pierdyliardzie DLC projektu.

Plusy

  • Świetny pomysł na fabułę z wieloma odniesieniami do klasyki MK...
  • Tryb Inwazji
  • Miodna rozgrywka z piękną grafiką (ale nie na Switchu, hehe)

Ocena

8 / 10

Minusy

  • ... i okropny pomysł na jej zwieńczenie
  • Koło bycia prokonsumenckim to to nawet nie stało
  • Mój zastępca boi się fatality
Krzysztof Wdowik

Nie lubi (albo nie umie) mówić zbyt poważnie i zawile o popkulturze. Nie lubi też kierunku, w którym poszedł Hollywood i branża gamingowa. A już na pewno nie lubi pisać o sobie w trzeciej osobie. W ogóle to on mało co lubi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze