Jeśli nie dość Wam jeszcze było popkulturowych produkcji, gdzie człowieka wsadza się w wielkiego robota i wysyła do walki z potworami, to mam dobrą wiadomość – właśnie dropnęła nowa pozycja tego typu i jest naprawdę dobra.
Sto lat temu przez portal nad Ameryką Środkową przeszli Tetzowie, zmieniając wszystko, co znaliśmy. Teraz świat skupia się na budowie Żelaznych Królów, potężnych mechów sterowanych przez pilotów, którzy w gladiatorskich pojedynkach walczą z obcymi o przetrwanie ludzkości. Wojna zmieniła się w sport. Gwiazda tych walk, Anita Marr, została wybrana do pilotowania tajnego prototypu, mogącego przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść ludzi. Po pierwszej trudnej bitwie Anita zaczyna odkrywać niezwykłą więź, która łączy ją z eksperymentalnym Żelaznym Królem, Dawnrunnerem. W miarę jak rośnie zagrożenie ze strony Tetzów, Anita i Dawnrunner stają się ostatnią nadzieją ludzkości. Czy jesteśmy skazani na zagładę? A może dramatyczne odkrycia pozwolą Anicie i Dawnrunnerowi lepiej zrozumieć siebie?
– opis wydawcy
Zobacz również: Star Wars. Bitwa o Jakku – recenzja komiksu. Libacja na skwerku
Dawnrunner, pod względem pomysłu na świat przedstawiony, bardzo przypomina Evangelion – z czym zresztą się nie kryje. Jak wspomina wydawca, jest to komiks świetny:
dla fanów wielkich mechów, kaijū i Neon Genesis Evangelion. Dla miłośników takich serii jak Atak Tytanów Hajime Isayamy, Ghost in the Shell Masamune Shirowa czy Eden: It’s an Endless World! Hirokiego Endō, a także widowisk w stylu Pacific Rim w reżyserii Guillermo del Toro oraz Godzilli Garetha Edwardsa.
Ze wszystkich wymienionych – a przynajmniej tych, które z nich znam – to jednak NGE najbardziej mi tutaj pasuje. Wielkie mechy sterowane poprzez połączenie neuronalne, pojawiające się znikąd bestie nieznanego pochodzenia, z którymi te mechy walczą… Piloci Evan… to znaczy, Żelaznych Królów, to wprawdzie już nie małolaty, ale reszta się z grubsza zgadza.

Dotyczy to jednak tylko świata przedstawionego – sama fabuła opowiada już jednak o czymś zupełnie innym niż NGE i, szczerze powiedziawszy, podobała mi się bardziej niż w Evangelionie. Dawnrunner jest dość krótki – to jednotomówka – ale potrafił na tych niecałych 170 stronach przekazać mi ciekawą, emocjonalną historię, która uderzyła dokładnie tam, gdzie powinna. Bójki wielkich mechów z potworami stanowiły tu tylko tło dla opowieści o dwójce rodziców przeżywających swoje osobiste dramaty – tak różne, a jednak tak podobne. Świat, w którym przyszło im funkcjonować, to fatalne miejsce do zakładania rodzin. Miasta upadają. Ludzie giną. Nasi bohaterowie jednak, wbrew wszystkiemu, są gotowi walczyć do upadłego i uratować, co tylko się da. Kiedy w grę wchodzi życie ich dzieci, cena, choćby i najwyższa, nie gra żadnej roli.
Zobacz również: Star Wars. Bitwa o Jakku – recenzja komiksu. Libacja na skwerku
Jedyne, co nie do końca mi w Dawnrunnerze kliknęło, to jego zakończenie. To jedno z tych, gdzie jest się usatysfakcjonowanym, gdy czyta się je po raz pierwszy, ale im dłużej się nad nim myśli, tym gorzej. Wszystko dzieje się tam tak trochę… psiejsko-czarodziejsko. Ot, po prostu się wydarza, bo taka była wola Nieba. Niczego się czytelnikowi nie wyjaśnia; zakończenie zmusza do zawieszenia niewiary i zaakceptowania historii z całym dobrodziejstwem inwentarza. No i mają mnie – zaakceptowałam, bo i cóż innego miałam zrobić? Mimo wszystko wolałabym jednak rozumieć pewne rzeczy. Można może prosić o jakiś dodatek do komiksu z wyjaśnieniem lore?…

Bohaterów poznajemy tutaj głównie przez ich działania – a jako że doceniam hierarchię wartości, którą się w nich kierują, to szybko ich polubiłam. Nie działaliby oni jednak tak dobrze, gdyby nie to, jak oddano ich mimikę i jak dobrze przekazano w niej ich emocje. Dawnrunner na szczęście nie operuje tą typową, amerykańską superhero kreską, której mam już serdecznie dość. Cagle wykonał rysunki, posługując się znacznie delikatniejszymi, cieńszymi liniami; świetnie oddają one zarówno emocje w konkretnych momentach, jak i całą atmosferę opowieści. Są szczegółowe, schludne i nieraz kreatywnie skomponowane, dzięki czemu jeszcze przyjemniej się na nie patrzy. Strony pokazowe, które wrzuciłam do tego wpisu, są niestety w nienajlepszej jakości, aczkolwiek mam nadzieję, że chociaż trochę przybliżą Wam, o czym mówię. Na samym początku nie byłam aż tak przekonana do tej szaty graficznej, ale im dalej w las, tym bardziej mnie ona kupowała. W ostatecznym rozrachunku nie wymieniłabym jej na żadną inną.
Zobacz również: Bat-Man: Pierwszy rycerz – recenzja komiksu. W obliczu lat 30.
Choć trudno mi bezspoilerowo opowiedzieć coś więcej o tym tytule, zaręczam – warto po niego sięgnąć. Dawnrunner pozytywnie mnie zaskoczył; szukając przystępnego akcyjniaka, trafiłam na coś znacznie lepszego. Gdyby tylko to zakończenie było trochę lepiej wyjaśnione… Ale nawet i w obecnej wersji ten komiks to wciąż kawał dobrej, wzruszającej historii oprawiony świetnymi ilustracjami. Nieważne czy znacie i lubicie Evangeliona, czy też nie – i tak serdecznie polecam.

Autor: Ram V, Evan Cagle
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Okładka: Evan Cagle
Wydawca: Lost in Time
Premiera: 17 kwietnia 2026 r.
Oprawa: twarda
Stron: 168
Cena katalogowa: 90,00 zł
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Lost in Time. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Lost in Time)

